Eksport z Ukrainy na zakręcie. Kijów apeluje do Polski o podwojenie liczby pociągów

0
Zboże z Ukrainy

Eksport z Ukrainy znalazł się w najtrudniejszej sytuacji od początku pełnoskalowej inwazji. Zablokowane porty na Morzu Czarnym sprawiły, że Kijów musiał szukać ratunku na lądzie, jednak obecne szlaki są w stanie obsłużyć zaledwie jedną trzecią potrzeb. Aby udrożnić wąskie gardło logistyczne, ukraińskie Ministerstwo Polityki Rolnej oficjalnie zwróciło się do Polski z prośbą o podwojenie liczby pociągów towarowych na przejściach granicznych.

Informacje o krytycznym stanie logistyki przekazał pełniący obowiązki ministra polityki rolnej i żywnościowej Ukrainy Taras Wysocki podczas dyskusji online „Alternatywne szlaki eksportowe: synergia logistyczna Ukrainy i Polski w warunkach blokady Morza Czarnego”.

Czytaj również:

Dramatyczne liczby: eksport z Ukrainy drastycznie spadł

Brak dostępu do głębokowodnych portów to gigantyczny cios dla tamtejszego sektora agro. Z zaprezentowanych wyliczeń wynika jednoznaczny obraz kryzysu:

  • 5 mln ton miesięcznie – tyle wynosi średnie zapotrzebowanie na eksport z Ukrainy, aby utrzymać płynność handlową rynku rolnego.
  • 1,5 mln ton – tyle wyniesie sierpniowy wywóz towarów alternatywnymi trasami lądowymi (zaledwie 30% potrzeb).
  • 50% – to maksymalny pułap zapotrzebowania, jaki lądowe korytarze będą w stanie pokryć nawet w najlepszym możliwym scenariuszu.

Polska korytarzem tranzytowym

Kluczem do uratowania sytuacji ma być właśnie Polska. Ukraina oficjalnie zaproponowała stronie polskiej podwojenie liczby pociągów odprawianych na granicy.

Plan Kijowa zakłada, że eksport z Ukrainy realizowany w formie tranzytu przez polskie terytorium mógłby zwiększyć swoją objętość z obecnych 300 tys. ton do 600 tys. ton miesięcznie. Zwiększenie przepustowości wymaga jednak nie tylko zmian w rozkładach jazdy kolei, ale również przestawienia granicznych służb kontrolnych na całodobowy tryb pracy.

Czy polsko-ukraińska współpraca logistyczna pozwoli uchronić ukraiński sektor rolny przed zapaścią? Decyzje dotyczące usprawnienia ruchu na przejściach kolejowych będą miały kluczowe znaczenie w najbliższych tygodniach. Warto przypomnieć, że wbrew KE Polska utrzymuje embargo na import zbóż i rzepaku z Ukrainy a transporty kolejowe i drogowe to jedynie tranzyt.

Czytaj również:

Upadłość FarmInsect. Czy hodowla owadów na pasze ma przyszłość?

0
Hodowla owadów na pasze
Hodowla owadów na pasze. Ilustracja poglądowa /AI/

Hodowla owadów na pasze: Niemiecki start-up FarmInsect, oferujący zautomatyzowaną hodowlę owadów na pasze bezpośrednio w gospodarstwach rolnych, oficjalnie kończy działalność. Mimo pozyskania ponad 16 milionów euro finansowania i ambitnych planów rewolucji na rynku białkowym, spółka uległa likwidacji. Porażka flagowego projektu AgTech stawia pod znakiem zapytania opłacalność alternatywnych źródeł białka w zderzeniu z rynkową rzeczywistością.

Koniec obiecującego projektu

Jeszcze wiosną syndyk masy upadłościowej, zapewniał o kontynuacji operacji i intensywnych poszukiwaniach inwestora strategicznego. Planowano stabilizację platformy oraz ekspansję na rynek amerykański. Rozmowy z potencjalnymi nabywcami zakończyły się jednak fiaskiem.

Działalność gospodarcza FarmInsect została całkowicie zawieszona, a majątek firmy trafi do likwidacji. Syndyk poinformował, że obecnie prowadzone są jedynie rozmowy dotyczące sprzedaży aktywów niematerialnych. Gospodarstwa rolne współpracujące dotychczas ze spółką są przekierowywane do innych dostawców usług hodowli larw, aby ograniczyć zakłócenia w dostawach.

Bariery rynkowe wygrywają z technologią

Założona w 2020 roku spółka dostarczała modułowe instalacje do tuczu larw czarnej muchy żołnierki. Larwy skarmiane lokalnymi produktami ubocznymi miały stanowić pełnowartościową, ekologiczną alternatywę dla tradycyjnych surowców. Przyczyny upadku wskazują jednak na trudne otoczenie makroekonomiczne:

  • Tanie surowce konwencjonalne: Wysoka dostępność i niskie ceny tradycyjnych komponentów – głównie soi oraz mączki rybnej – drastycznie obniżyły konkurencyjność droższego w produkcji białka z owadów.
  • Wysoka struktura kosztów: Zautomatyzowane technologie okazały się kosztowne w utrzymaniu, a wdrożony pod koniec 2024 roku program oszczędnościowy nie przyniósł oczekiwanych rezultatów.
  • Kryzys płynności: Bezpośrednim impulsem do złożenia wniosku o upadłość było opóźnienie w wypłacie zakontraktowanej transzy finansowania.

Przykład FarmInsect pokazuje, że nawet przy silnym wsparciu ze strony Europejskiego Banku Inwestycyjnego i funduszy VC, technologie alternatywnych źródeł białka natrafiają na twarde bariery rynkowe w konfrontacji z konwencjonalnym handlem płodami rolnymi.

Źródło: agrarheute.com / opracowanie własne

Akcesja Ukrainy do UE wchodzi w nową fazę. Kijów wybiera Berlin, a polskie rolnictwo staje przed nowym wyzwaniem

0

Akcesja Ukrainy do UE: Przełomowe wieści z Kijowa i Berlina rzucają zupełnie nowe światło na to, jak w najbliższych latach będzie wyglądać integracja ukraińskiego sektora rolno-spożywczego z Unią Europejską. Ostatnie porozumienia dotyczące zacieśnienia współpracy w zakresie zielonej transformacji, wdrażania unijnego systemu handlu emisjami (ETS) oraz wymogów podatku węglowego (CBAM) pokazują czytelnie: Ukraina nie czeka na powolne negocjacje akcesyjne, lecz już teraz przestawia swoją gospodarkę na unijne tory. Co istotne – robi to przy bezpośrednim wsparciu politycznym, technologicznym i finansowym Niemiec.

Dla polskich rolników i przetwórców to jasny sygnał, że akcesja Ukrainy do UE wchodzi w decydujący etap dyplomatyczny, w którym karty zaczyna rozdawać Berlin.

Zielona transformacja za niemieckie pieniądze

Dotychczasowa narracja w państwach Europy Środkowo-Wschodniej opierała się na obawach przed konkurencją ze strony ukraińskich produktów wytwarzanych bez restrykcyjnych norm środowiskowych. Kijów wyciągnął jednak wnioski z protestów rynkowych i blokad handlowych u swoich sąsiadów. Zamiast spierać się o okresy przejściowe czy wymogi ekologiczne z krajami przygranicznymi, ukraiński rząd postawił na głęboką modernizację gospodarstw i przetwórstwa w oparciu o niemieckie technologie.

Współpraca z Berlinem obejmuje m.in.:

  • Wdrożenie ETS i CBAM: Ukraiński przemysł rolny i przetwórczy przygotowuje się do certyfikacji śladu węglowego, co wyeliminuje zarzuty o stosowanie „brudnej”, taniej produkcji.
  • Modernizację infrastruktury: Niemiecki biznes – przy wsparciu agencji doradczych, takich jak GIZ – inwestuje w nowoczesne zarządzanie zasobami wodnymi, odnawialne źródła energii w przetwórstwie oraz gospodarkę odpadami.
  • Nowy system ochrony przyrody: Tworzenie wyspecjalizowanej Agencji Zarządzania Obszarami Chronionymi ma dostosować krajowe prawodawstwo bezpośrednio do unijnego acquis communautaire.

Dlaczego Kijów omija Europę Środkową?

Decyzja o zacieśnieniu relacji z Berlinem to precyzyjnie skalkulowany ruch polityczny. W Kijowie dojrzała świadomość, że sprzeciw czy obawy państw graniczących z Ukrainą – w tym Polski – najłatwiej zneutralizować silnym poparciem ze strony najważniejszego gracza gospodarczego w Brukseli. Zyskując wsparcie Niemiec, Ukraina zyskuje najsilniejszego adwokata w procesie integracyjnym.

Z punktu widzenia polskiego agro-biznesu stwarza to zupełnie nową sytuację rynkową:

  1. Zderzenie z nowoczesnym wielkim kapitałem: Konkurentem dla polskiego rolnika nie będzie już tradycyjne ukraińskie rolnictwo, ale olbrzymie, wielkoskalowe gospodarstwa i zakłady przetwórcze zmodernizowane za pomocą najnowszych niemieckich technologii niskoemisyjnych.
  2. Koniec argumentu o braku norm: Gdy ukraińskie agroholdingi udowodnią pełną zgodność z normami środowiskowymi UE, podważenie ich obecności na rynku wewnętrznym stanie się niezwykle trudne pod kątem prawnym.
  3. Przesunięcie węzła inwestycyjnego: Polska przez lata pełniła rolę naturalnego pomostu gospodarczego ze Wschodem. Obecny sojusz Kijowa i Berlina sprawia, że to niemiecki kapitał przejmuje najatrakcyjniejsze segmenty odbudowującego się ukraińskiego przetwórstwa.

Co to oznacza dla polskiego sektora agro?

Nasi decydenci i organizacje rolnicze muszą już teraz włączyć się w kształtowanie przyszłych ram Wspólnej Polityki Rolnej (WPR). Kluczowe będzie wynegocjowanie stabilnych mechanizmów ochronnych, precyzyjnych zasad tranzytu oraz takich form wsparcia, które pozwolą polskim, często rodzinnym gospodarstwom utrzymać konkurencyjność wobec zmodernizowanego pod niemieckim patronatem ukraińskiego rolnictwa.

Zbiory kukurydzy we Francji 2026 najniższe od 1980 roku. MATIF mocno reaguje na ubytek podaży

0

Zbiory kukurydzy we Francji 2026 okażą się wyjątkowo niskie i mogą skurczyć się do poziomu nienotowanego od ponad czterech dekad. Splot niekorzystnych czynników pogodowych oraz znaczna redukcja powierzchni upraw sprawiły, że u największego unijnego producenta tego ziarna produkcja drastycznie spadnie. Francuska agencja statystyk rolnych Agreste szacuje, że tegoroczne zbiory wyniosą zaledwie około 9 milionów ton.

Rynek już reaguje: Wykres MATIF w dynamicznym trendzie wzrostowym

Sygnały płynące z francuskich pól oraz oficjalne korekty bilansów natychmiast przełożyły się na zachowanie giełdy. Notowania unijnych kontraktów na kukurydzę na paryskim MATIF (XBX26) już w połowie czerwca wybiły z wielomiesięcznej konsolidacji i weszły w dynamiczny trend wzrostowy.

Cena kukurydzy wybiła od dołków z początku 2026 roku (ok. 180–195 EUR/t) i przebijając kolejne opory osiągnął poziom 260 EUR/t w II dekadzie lipca. Po sporej korekcie z przełomu lipiec/sierpień ceny wracają do tych wieloletnich maksimów. Rynek wyraźnie wycenia rosnący deficyt ziarna w Europie Zachodniej.

Notowania kukurydzy na MATIF – WYKRES

Francuskie Agreste: Produkcja niższa o 35%

Według wstępnych szacunków Agreste, tegoroczna produkcja kukurydzy ziarnowej we Francji będzie aż o 35% niższa w porównaniu do ubiegłego roku (w 2025 roku zebrano tam 13,7 mln ton).

Na tak głębokie załamanie złożyły się dwa główne czynniki:

  • Redukcja areału: Francuscy rolnicy zmniejszyli powierzchnię upraw kukurydzy o niemal 20%.
  • Spadek plonowania: Średni plon szacowany jest na poziomie 70,3 dt/ha, podczas gdy w 2025 roku wynosił 86,3 dt/ha.

Głównym sprawcą strat była trwająca od połowy czerwca susza oraz fale upałów w kluczowym okresie kwitnienia, co zaburzyło zawiązywanie kolb i wypełnianie ziarna. Na stanowiskach bez możliwości nawadniania straty są ogromne, a część plantacji ziarnowych rolnicy musieli kosić przedwcześnie z przeznaczeniem na kiszonkę.

Jak Komisja Europejska ocenia zbiory kukurydzy we Francji 2026?

Potwierdzeniem trudnej sytuacji we Francji są opublikowane pod koniec lipca dane Komisji Europejskiej (zaktualizowane 30.07.2026 r.).

Zgodnie z szacunkami KE:

  • Produkcja kukurydzy ziarnowej we Francji w tym roku prognozowana jest na 10,025 mln ton (wobec 13,845 mln ton w 2025 roku).
  • W porównaniu ze średnią 5-letnią (13,852 mln ton) oznacza to spadek aż o 27,6%.
  • Warto zauważyć, że KE zakładała pod koniec lipca nieco wyższy wynik niż lokalne Agreste (10,02 mln ton vs. 9,0 mln ton), jednak obie instytucje spójnie pokazują gwałtowne załamanie podaży.
Rok / WskaźnikProdukcja kukurydzy we Francji (wg KE)
202414,781 mln t
202513,845 mln t
2026 (prognoza KE)10,025 mln t
Średnia 5-letnia13,852 mln t
Zmiana 2026 vs Średnia 5-letnia-27,6%

Problemy na Morzu Czarnym potęgują deficyt w UE

Gwałtowny spadek podaży we Francji nakłada się na dodatkowe utrudnienia w imporcie zewnętrznym. Unia Europejska z reguły nadrabiała lokalne niedobory zwiększonym sprowadzanym ziarnem z Ukrainy. Obecnie jednak dostęp do ukraińskiej kukurydzy dostarczanej drogą morską jest istotnie ograniczony.

Rynki zmagają się z utrudnieniami logistycznymi i ryzykiem geopolitycznym w obrębie czarnomorskich szlaków handlowych. Ograniczenie przepustowości morskich kanałów eksportowych powoduje, że zastąpienie francuskiego ziarna surowcem z Ukrainy jest znacznie trudniejsze i droższe niż w poprzednich sezonach, co pozbawia unijnych przetwórców łatwego bufora bezpieczeństwa.

Dalsze perspektywy dla cen

Nałożenie się dwóch kluczowych czynników – fatalnych prognoz dla Francji oraz utrudnień w morskim imporcie z Ukrainy – tworzy silne otoczenie prowzrostowe. Wybicie cen na paryskiej giełdzie w okolice 260 EUR/t pokazuje, że rynek bardzo wrażliwie reaguje na narastający deficyt. W nadchodzących miesiącach to właśnie napięty bilans w Europie Zachodniej oraz ograniczenia w dostawach morskich z Ukrainy będą nadawać ton wycenom kukurydzy w całym regionie.

Opracowano na podstawie danych: AGRESTE, KE, MATIF

Bizon Nordic Z140. Mały kombajn, który powstał dzięki współpracy z Finami

0
Bizon Nordic Z140

Bizon kojarzy się przede wszystkim z dużymi, czerwonymi kombajnami Z056 Super i Z058 Rekord. W historii Fabryki Maszyn Żniwnych w Płocku znalazła się jednak znacznie mniejsza i pod wieloma względami nietypowa maszyna. Bizon Nordic Z140 powstał z myślą o gospodarstwach, w których duży kombajn nie był potrzebny. Co ciekawe, konstrukcja nie została opracowana od podstaw w Polsce. Jej historia prowadzi do Finlandii i firmy Sampo Rosenlew. Na bazie fińskiej konstrukcji powstawały w Płocku kombajny przeznaczone zarówno na rynek krajowy, jak i na eksport. Krajowy model występował jako Bizon Sampo 2020, natomiast eksportowy jako Nordic Z140. Nie były to jednak identyczne maszyny. Nordic otrzymywał silnik Valmet i hydrostatyczny napęd jazdy, podczas gdy Sampo 2020 miał silnik produkowany przez Ursusa na licencji Perkinsa i klasyczny napęd bez hydrostatu. To właśnie połączenie polskiej marki z fińską techniką sprawiło, że te niewielkie kombajny do dziś pozostają jednymi z najbardziej interesujących Bizonów.

Bizon Nordic Z140 nie był typowym Bizonem

Na pierwszy rzut oka Nordic Z140 rzeczywiście może wyglądać jak miniaturowy Bizon. W porównaniu z popularnym Z056 jest wyraźnie bardziej kompaktowy, ma węższy heder i niewielką bryłę. Różnice sięgają jednak znacznie głębiej niż same wymiary.

Model był związany z konstrukcjami fińskiego producenta Sampo Rosenlew. Z tej samej rodziny wywodził się oferowany w Polsce Bizon Sampo 2020. Oba modele były do siebie bardzo podobne pod względem konstrukcji zespołu żniwnego i omłotowego, ale różniły się przede wszystkim zastosowanym silnikiem oraz sposobem przeniesienia napędu jazdy.

Nietypowa jest również liczba nazw, pod którymi można spotkać te maszyny. W ogłoszeniach, katalogach i wśród użytkowników funkcjonują określenia Sampo 2020, Bizon Sampo 2020, Z140 oraz Nordic. Z tego powodu modele te bywają dziś ze sobą utożsamiane, choć ich specyfikacja nie była taka sama.

Dlaczego Bizon zainteresował się konstrukcją Sampo?

W latach 90. polskie rolnictwo szybko się zmieniało. Obok dużych gospodarstw funkcjonowała ogromna liczba mniejszych gospodarstw rodzinnych. Dla właściciela kilkunastu hektarów zakup dużego Bizona Super czy Rekorda nie zawsze miał ekonomiczne uzasadnienie. Potrzebna była maszyna zwrotna, stosunkowo prosta i pozwalająca samodzielnie przeprowadzić żniwa.

Właśnie w taką niszę wpisywał się niewielki kombajn Sampo. Zamiast projektować zupełnie nową maszynę od początku, można było skorzystać z istniejącej konstrukcji i wprowadzić ją do oferty pod marką rozpoznawalną przez polskich rolników.

Nietypowe pochodzenie Nordica Z140 jest jedną z najciekawszych rzeczy w historii tego modelu. Nie był on pomniejszoną wersją klasycznych Bizonów, lecz konstrukcją wywodzącą się z maszyn Sampo.

Jaki silnik miał Bizon Nordic Z140?

Jednym z najciekawszych elementów Z140 jest jednostka napędowa. Kombajn otrzymał czterocylindrowy silnik Valmet 420 DS o pojemności 4,4 litra. Jednostka była turbodoładowana i rozwijała około 87 KM, czyli 64 kW. Zbiornik paliwa mieścił 140 litrów oleju napędowego.

Silnik Valmet jest przy okazji jedną z cech pozwalających odróżnić Nordica Z140 od krajowego Sampo 2020. W tym drugim stosowano jednostkę produkowaną przez Ursusa na licencji Perkinsa.

Warto spojrzeć na tę wartość w odpowiednim kontekście. Nordic nie miał konkurować wydajnością z największymi Bizonami. Mniejszy zespół żniwny, węższy układ omłotowy oraz stosunkowo niewielka masa oznaczały, że nie potrzebował ogromnej jednostki napędowej.

Sam kombajn z kabiną ważył około 4660 kg. Dla porównania był więc maszyną, którą łatwiej było wykorzystać na niewielkich, nieregularnych działkach niż duże konstrukcje projektowane przede wszystkim z myślą o wysokiej wydajności powierzchniowej.

Heder miał tylko 3,1 metra szerokości

Rozmiary najlepiej pokazują, do jakiego rodzaju gospodarstw kierowany był Bizon Nordic Z140. Standardowy zespół żniwny miał 310 cm szerokości roboczej, natomiast szerokość całej maszyny z hederem wynosiła około 3,5 m. Po zdjęciu zespołu żniwnego szerokość kombajnu spadała do około 2,76 m.

Niewielki heder nie był wadą samą w sobie. Na małych polach i działkach o nietypowym kształcie mniejsza maszyna mogła być znacznie wygodniejsza w prowadzeniu. Łatwiejsze były nawroty, dojazd do pola oraz manewrowanie w miejscach, w których duży Bizon nie wykorzystywał w pełni swojej przewagi.

Zespół żniwny posiadał nagarniacz o średnicy około 105 cm, którego prędkość można było regulować elektrycznie. Zastosowano również elektryczny rewers hedera. Jak na stosunkowo mały kombajn z pierwszej połowy lat 90. było to wyposażenie zwiększające wygodę podczas pracy.

Jak wyglądał omłot w Bizonie Z140?

Nordic wykorzystywał klasyczny system omłotu z bębnem. Jego średnica wynosiła około 50 cm, a szerokość 86 cm. Za oddzielanie ziarna od pozostałości odpowiadały cztery wytrząsacze o powierzchni separacji około 3,15 m². Łączna powierzchnia zespołu sitowego wynosiła około 1,76 m².

Nie są to imponujące wartości, jeżeli zestawi się je z dużymi kombajnami. Trzeba jednak pamiętać, że konstruktorzy nie próbowali stworzyć rekordzisty wydajności. Cała maszyna została proporcjonalnie dopasowana do mniejszego hedera i mocy silnika.

Zbiornik na ziarno miał około 25 hektolitrów, czyli 2500 litrów. Pozwalało to pracować bez konieczności zatrzymywania maszyny po przejechaniu każdego krótkiego odcinka pola, ale jednocześnie zachowano kompaktowe rozmiary kombajnu. Wysokość rozładunku wynosiła około 3 metrów.

Hydrostatyczny napęd był dużą zaletą Nordica

Jedną z cech odróżniających Nordica od wielu starszych kombajnów spotykanych w polskich gospodarstwach był hydrostatyczny napęd jazdy. Maszyna posiadała trzy zakresy, a prędkość mogła dochodzić do około 24 km/h.

W praktyce hydrostat był szczególnie przydatny podczas zbioru. Operator mógł łatwiej dopasowywać tempo jazdy do gęstości łanu i obciążenia zespołu młócącego, bez ciągłego operowania tradycyjną przekładnią w taki sposób jak w starszych konstrukcjach.

W niewielkim kombajnie przeznaczonym również na małe pola miało to dodatkową zaletę. Częste zwalnianie, przyspieszanie i zawracanie stawało się wygodniejsze. Nordic nie imponował wielkością, lecz właśnie zestaw takich rozwiązań powodował, że pod względem obsługi wyraźnie różnił się od klasycznych Bizonów starszych generacji.

Hydrostat był jednocześnie kolejną różnicą względem krajowego Sampo 2020, w którym zastosowano mechaniczny napęd jazdy.

Czerwony Bizon Nordic? Takie egzemplarze również powstawały

Obecnie Z140 często kojarzony jest z niebieskim malowaniem, które mocno odróżnia go od klasycznych czerwonych Bizonów. Nie wszystkie egzemplarze wyglądały jednak tak samo.

Konedata podaje, że pierwsze maszyny były czerwone, natomiast materiały ze szwedzkiej broszury z 1996 roku prezentują już kombajn w kolorze niebieskim. Oznacza to, że podczas produkcji zmieniano nie tylko oznaczenia, ale również wygląd zewnętrzny maszyny.

To jeden z powodów, dla których identyfikacja konkretnego egzemplarza może być dziś trudniejsza, szczególnie że bardzo podobnie wyglądał krajowy Sampo 2020. Sam napis na osłonie lub kolor kombajnu nie zawsze wystarczą więc do określenia jego wersji.

Czy Bizon Nordic Z140 był naprawdę najmniejszym Bizonem?

W zestawieniu z Superem, Rekordem, Gigantem czy późniejszymi modelami serii BS Nordic wygląda rzeczywiście bardzo skromnie. Heder o szerokości 3,1 m, masa poniżej pięciu ton i silnik o mocy 87 KM sytuują go w grupie niewielkich kombajnów samobieżnych. Z140 należał do najmniejszych samobieżnych kombajnów oferowanych pod marką Bizon.

Rozmiar nie oznaczał jednak, że była to maszyna pozbawiona możliwości. Dla gospodarstwa dysponującego niewielkim areałem własny Nordic mógł pozwolić uniezależnić żniwa od usługodawcy. Szczególnie dobrze pasował do regionów z rozdrobnionymi działkami, gdzie ogromna przepustowość kombajnu była mniej istotna niż zwrotność i łatwe przemieszczanie się między polami.

Czy części do Bizona Nordic Z140 są dziś dostępne?

To jedna z ważniejszych kwestii dla osoby, która rozważa zakup Z140. Konstrukcja jest zdecydowanie mniej popularna w Polsce niż Z056 czy Z058. Nie można więc zakładać, że każda część będzie dostępna w pierwszym sklepie z podzespołami do Bizona.

Z drugiej strony pochodzenie maszyny ma pewną zaletę. Wiele elementów wiąże się z rodziną kombajnów Sampo, dlatego podczas poszukiwania części warto korzystać z kilku oznaczeń modelu. Trzeba jednak zwracać uwagę, do której wersji przeznaczony jest dany podzespół, ponieważ różnice w silniku i napędzie jazdy mają tutaj istotne znaczenie.

Przed zakupem konkretnego egzemplarza rozsądnie jest sprawdzić przede wszystkim stan hydrostatu, silnika Valmet, układu młócącego, przenośników, wytrząsaczy oraz elementów hedera. Przy maszynie mającej ponad ćwierć wieku stan techniczny konkretnego kombajnu może mieć znacznie większe znaczenie niż sam przebieg czy rok produkcji.

Bizon Nordic Z140 nadal można znaleźć w polskich gospodarstwach

Mimo niewielkiej liczby wyprodukowanych egzemplarzy w porównaniu z najbardziej popularnymi Bizonami, Z140 nie zniknął całkowicie z rynku. W ogłoszeniach nadal można natrafić zarówno na Nordiki Z140, jak i bardzo podobne krajowe Bizony Sampo 2020. Ze względu na podobieństwo ich nazwy bywają stosowane zamiennie, dlatego przy zakupie warto zweryfikować rzeczywistą wersję maszyny.

Dzisiaj właśnie nietypowość może być największym atutem tego modelu z punktu widzenia miłośników polskich maszyn rolniczych. Z140 pokazuje mniej znany fragment historii FMŻ Płock, gdy pod marką Bizon oferowano nie tylko własne duże kombajny, ale również niewielką konstrukcję wywodzącą się z Finlandii. Nordic był przy tym ciekawą eksportową odmianą tej konstrukcji, wyróżniającą się silnikiem Valmet i hydrostatycznym napędem jazdy.

Tak zaczyna się kolibakterioza u kur. Pierwsze objawy łatwo przeoczyć

0
kury

Kolibakterioza drobiu należy do chorób bakteryjnych, które mogą występować zarówno w dużych stadach produkcyjnych, jak i w niewielkich przydomowych hodowlach kur. Za rozwój choroby odpowiadają chorobotwórcze szczepy bakterii Escherichia coli, określane często jako APEC, czyli Avian Pathogenic Escherichia coli. Problem polega na tym, że pierwsze objawy nie zawsze są charakterystyczne. Ptak może początkowo wyglądać jedynie na osowiałego, mniej chętnie pobierać paszę albo oddzielać się od pozostałych osobników.

Przebieg kolibakteriozy zależy między innymi od wieku ptaków, kondycji stada, miejsca rozwoju zakażenia oraz obecności innych chorób. Infekcja może dotyczyć układu oddechowego, jamy ciała, układu rozrodczego, worka żółtkowego, a w ciężkich przypadkach doprowadzić do posocznicy.

Jakie są pierwsze objawy kolibakteriozy drobiu?

Jednym z pierwszych sygnałów problemu może być zmiana zachowania ptaków. Chore kury lub kurczęta stają się mniej aktywne, dłużej siedzą, ograniczają przemieszczanie się po kurniku i nie reagują tak szybko na pojawienie się paszy. Często obserwuje się również nastroszone pióra i charakterystyczną przygarbioną postawę. Nie są to jednak objawy występujące wyłącznie podczas kolibakteriozy, dlatego na ich podstawie nie można rozpoznać zakażenia.

Wraz z rozwojem choroby może zmniejszać się apetyt, a ptaki zaczynają tracić kondycję. W stadzie brojlerów uwagę hodowcy powinno zwrócić także zahamowanie przyrostów masy ciała i coraz większe zróżnicowanie wielkości ptaków. Osobniki dotknięte silniejszą infekcją mogą spędzać większość czasu w jednym miejscu i mieć wyraźnie mniejsze zainteresowanie wodą oraz paszą.

Szczególnie niepokojąca jest sytuacja, gdy podobne objawy pojawiają się jednocześnie u większej liczby zwierząt albo zaczynają im towarzyszyć padnięcia. Kolibakterioza może bowiem występować także w ostrej postaci prowadzącej do szybko rozwijającej się posocznicy.

Objawy ze strony układu oddechowego

Jedną z częstszych postaci choroby jest zakażenie związane z układem oddechowym. W takich przypadkach ptaki mogą mieć trudności z oddychaniem, a oddech staje się szybszy i bardziej wysiłkowy. Hodowca może zauważyć, że kura oddycha z otwartym dziobem albo wyciąga szyję, próbując ułatwić sobie nabieranie powietrza.

Mogą pojawiać się także dodatkowe odgłosy podczas oddychania. W stadzie słyszalne bywają kichanie, pokasływanie lub odgłosy przypominające rzężenie. Ptaki ograniczają wtedy aktywność, ponieważ każdy większy wysiłek zwiększa zapotrzebowanie organizmu na tlen.

Jedną ze zmian związanych z kolibakteriozą jest zapalenie worków powietrznych. W bardziej zaawansowanej chorobie bakterie mogą powodować również zapalenie osierdzia i zapalenie tkanek otaczających wątrobę. Takich zmian hodowca nie zobaczy podczas zwykłej obserwacji żywych ptaków, dlatego ustalenie przyczyny problemu wymaga diagnostyki weterynaryjnej.

Kolibakterioza może powodować nagłe padnięcia

Najbardziej gwałtowny przebieg choroby związany jest z uogólnionym zakażeniem organizmu. Bakterie przedostają się wtedy do krwiobiegu, co może prowadzić do posocznicy. W takiej sytuacji pogorszenie stanu ptaka może nastąpić bardzo szybko.

Zdarza się, że wcześniej obserwowane objawy są niewielkie w stosunku do liczby padnięć. Dlatego nagły wzrost śmiertelności w stadzie zawsze powinien zostać potraktowany poważnie. Szczególnej uwagi wymagają sytuacje, w których jednocześnie obserwuje się osowienie, problemy oddechowe, mniejsze pobieranie paszy oraz szybko rosnącą liczbę chorych osobników.

Same padnięcia nie świadczą jednak automatycznie o kolibakteriozie. Podobny przebieg może towarzyszyć innym zakażeniom bakteryjnym lub wirusowym, dlatego rozpoznanie powinno być potwierdzone odpowiednimi badaniami.

Jak wygląda kolibakterioza u młodych kurcząt?

U bardzo młodych ptaków infekcja E. coli może przebiegać inaczej niż u dorosłych kur. Jednym z problemów charakterystycznych dla kurcząt jest zapalenie pępka i zakażenie woreczka żółtkowego. Choroba pojawia się przede wszystkim w pierwszym okresie po wykluciu.

Zakażone pisklęta są apatyczne, słabo pobierają pokarm i wolniej przybierają na wadze. Można zauważyć nieprawidłowo zagojony, obrzęknięty lub zmieniony pępek. W ciężkich przypadkach dochodzi do padnięć już podczas pierwszych dwóch tygodni życia.

W odchowie młodych ptaków warto więc zwracać uwagę nie tylko na śmiertelność, ale również na wyrównanie stada. Jeżeli część kurcząt wyraźnie odstaje wielkością od pozostałych, jest apatyczna lub utrzymuje się przy źródle ciepła mimo prawidłowej temperatury otoczenia, potrzebna jest dokładniejsza obserwacja.

Objawy kolibakteriozy u kur niosek

U kur w okresie nieśności kolibakterioza może obejmować układ rozrodczy. Jedną z możliwych postaci jest zapalenie jajowodu, czyli salpingitis. Zakażenie może być również związane z zapaleniem otrzewnej. MSD Veterinary Manual wskazuje, że właśnie zapalenie otrzewnej i jajowodu należą do częstszych postaci kolibakteriozy obserwowanych u kur niosek.

Dla hodowcy sygnałem ostrzegawczym może być pogorszenie ogólnego stanu kur połączone ze spadkiem nieśności. Ptaki mogą stać się apatyczne, mniej aktywne i ograniczać pobieranie paszy. Przy poważniejszych zmianach w obrębie jamy brzusznej może zwiększać się jej obrys, a kura zaczyna poruszać się mniej swobodnie.

Nie każdy spadek produkcji jaj oznacza oczywiście kolibakteriozę. Nieśność zależy również od żywienia, wieku, oświetlenia, stresu, temperatury oraz wielu innych chorób. Jeżeli jednak spadkowi produkcji towarzyszy wyraźne pogorszenie zdrowia części stada, przyczyny nie należy szukać wyłącznie w warunkach utrzymania.

Dlaczego objawy kolibakteriozy łatwo pomylić z innymi chorobami?

Największą trudnością w rozpoznawaniu kolibakteriozy jest brak jednego charakterystycznego objawu. Osowienie, zaburzenia oddychania, spadek pobierania paszy czy pogorszenie nieśności mogą pojawiać się również podczas wielu innych chorób drobiu. Co więcej, zakażenie E. coli może rozwijać się wtórnie po wcześniejszym uszkodzeniu układu oddechowego przez inne drobnoustroje.

Merck Veterinary Manual zwraca uwagę, że w przydomowych stadach zakażenie E. coli często występuje wtórnie między innymi przy zakaźnym zapaleniu oskrzeli czy mykoplazmozie. W praktyce oznacza to, że obserwowane problemy nie muszą wynikać wyłącznie z działania jednego patogenu.

Dlatego leczenie prowadzone jedynie na podstawie wyglądu ptaków może nie przynieść oczekiwanych rezultatów. Podobne symptomy może wywoływać kilka zupełnie różnych chorób, wymagających odmiennego postępowania.

Jak potwierdza się kolibakteriozę drobiu?

Podejrzenie choroby można wysunąć na podstawie objawów obserwowanych w stadzie oraz zmian stwierdzonych podczas badania sekcyjnego. Sam wygląd narządów nie zawsze wystarcza jednak do jednoznacznego potwierdzenia przyczyny.

W diagnostyce wykorzystuje się badania pozwalające wykazać obecność chorobotwórczych szczepów Escherichia coli. Ma to szczególne znaczenie wtedy, gdy w stadzie występuje zwiększona śmiertelność albo choroba nawraca pomimo podejmowanego wcześniej leczenia.

Szybkie ustalenie przyczyny problemu jest również istotne ze względu na sposób stosowania antybiotyków. Nie powinno się zakładać, że każdy przypadek podejrzewany o kolibakteriozę będzie reagował na ten sam preparat. Decyzję o leczeniu należy podejmować we współpracy z lekarzem weterynarii, a przy problemach z wrażliwością bakterii pomocny może być antybiogram.

Kiedy objawy powinny szczególnie zaniepokoić?

Najbardziej alarmującym sygnałem jest nagły wzrost liczby padnięć, zwłaszcza jeżeli wcześniej w stadzie wystąpiły zaburzenia oddechowe, osowienie lub spadek pobierania paszy. Niepokojące jest również szybkie rozszerzanie się problemu na kolejne ptaki, znaczne zahamowanie wzrostu młodzieży czy wyraźny spadek produkcji jaj połączony z pogorszeniem kondycji niosek.

W przypadku piskląt nie należy ignorować zapalenia pępka, osłabienia, ograniczonego apetytu oraz zwiększonej śmiertelności w pierwszych dniach życia. U dorosłych kur szczególnej kontroli wymagają natomiast utrzymujące się problemy oddechowe i objawy mogące wskazywać na chorobę układu rozrodczego.

Kolibakterioza może przyjmować bardzo różne postacie, dlatego ważniejsze od szukania jednego typowego symptomu jest obserwowanie całego stada. Zmiana zachowania ptaków, mniejsze pobieranie paszy, problemy z oddychaniem, zahamowanie wzrostu lub spadek nieśności tworzą obraz, który warto oceniać łącznie. Jeżeli dodatkowo wzrasta liczba padnięć, dalsze czekanie na samoistną poprawę może utrudnić opanowanie sytuacji, dlatego potrzebna jest możliwie szybka diagnostyka weterynaryjna.

Czym różni się czarna malina od jeżyny? Wyglądają podobnie, ale wystarczy spojrzeć na jeden szczegół

0
czarna mailna

Czarna malina i jeżyna na pierwszy rzut oka mogą wyglądać niemal identycznie. Oba owoce mają ciemną barwę, składają się z wielu drobnych kuleczek i rosną na krzewach należących do rodzaju Rubus. Nic więc dziwnego, że bywają ze sobą mylone. W rzeczywistości są to jednak różne rośliny, a ich owoce można dość łatwo odróżnić. Czym różni się czarna malina od jeżyny i na co zwrócić uwagę podczas zbioru lub zakupu sadzonki?

Czym różni się czarna malina od jeżyny?

Najprostsza różnica ujawnia się podczas zrywania dojrzałego owocu. Czarna malina odchodzi od dna kwiatowego w taki sposób, że wewnątrz pozostaje pusta przestrzeń. Owoc przypomina więc niewielki pusty kubeczek.

W przypadku jeżyny jest inaczej. Dno kwiatowe pozostaje wewnątrz zerwanego owocu, dlatego jego środek jest pełny. To właśnie ta cecha jest jednym z najbardziej niezawodnych sposobów rozróżnienia obu roślin.

Jeśli więc mamy przed sobą dwa bardzo ciemne owoce i nie jesteśmy pewni, który z nich jest maliną, wystarczy spojrzeć na miejsce, w którym zostały oderwane od szypułki.

Czy czarna malina to po prostu niedojrzała jeżyna?

Nie. Czarna malina nie jest odmianą jeżyny ani etapem jej dojrzewania.

Obie rośliny należą wprawdzie do rodzaju Rubus oraz rodziny różowatych Rosaceae, ale są różnymi przedstawicielami tej grupy. Czarna malina najczęściej kojarzona jest z gatunkiem Rubus occidentalis, pochodzącym z Ameryki Północnej.

Jeżyny tworzą natomiast bardzo liczną i skomplikowaną grupę gatunków, mieszańców oraz odmian należących również do rodzaju Rubus. Botanika jeżyn jest na tyle złożona, że liczba wyróżnianych taksonów może być bardzo duża.

Pokrewieństwo wyjaśnia jednak, dlaczego ich owoce mają podobną budowę. Zarówno maliny, jak i jeżyny tworzą owoce zbiorowe składające się z wielu drobnych pestkowców.

Jak wygląda czarna malina?

Dojrzała czarna malina ma barwę od bardzo ciemnofioletowej do niemal czarnej. Przed osiągnięciem pełnej dojrzałości owoce przechodzą jednak przez wcześniejsze etapy wybarwienia.

Rozmiarem zazwyczaj przypominają maliny bardziej niż duże odmiany jeżyn. Owoce są stosunkowo niewielkie i mają charakterystyczną delikatną budowę.

Po dokładniejszym obejrzeniu można zauważyć również lekki nalot na powierzchni niektórych owoców, przez który czarna malina nie zawsze jest jednolicie błyszcząca.

Najłatwiejszą wskazówką nadal pozostaje jednak wnętrze. Po zerwaniu dojrzałej czarnej maliny powstaje charakterystyczna pusta przestrzeń.

Jak wygląda jeżyna?

Dojrzała jeżyna zwykle ma bardzo ciemną, czarną lub czarnofioletową barwę. Owoce wielu uprawianych odmian są większe i bardziej wydłużone niż owoce czarnej maliny.

Powierzchnia dojrzałej jeżyny często jest również bardziej błyszcząca. Nie należy jednak traktować samego połysku albo wielkości jako stuprocentowej metody rozpoznawania, ponieważ wygląd zależy od odmiany oraz warunków wzrostu.

Znacznie pewniejszy jest test po zerwaniu. W środku jeżyny pozostaje dno kwiatowe, czyli jasny rdzeń stanowiący integralną część zebranego owocu.

Właśnie dlatego jeżyna jest w dłoni bardziej zwarta, podczas gdy dojrzała malina jest pusta w środku i łatwiej się odkształca.

Czy czarna malina i jeżyna smakują tak samo?

Nie, chociaż smak oczywiście zależy również od odmiany, dojrzałości owocu, ilości słońca oraz warunków uprawy.

Czarna malina ma smak charakterystyczny dla malin, ale zazwyczaj jest bardziej intensywna i aromatyczna niż klasyczna malina czerwona. Łączy wyraźną słodycz z delikatną kwasowością.

Jeżyna często ma smak głębszy, nieco bardziej winny i kwaśniejszy. Niedojrzałe jeżyny mogą być mocno cierpkie, dlatego podczas zbioru warto wybierać owoce w pełni wybarwione i łatwo odchodzące od pędu.

Dobrze dojrzałe owoce obu roślin mogą być bardzo słodkie, dlatego sam smak nie wystarczy do ich pewnego rozpoznania.

Czy czarna malina jest mniejsza od jeżyny?

Najczęściej tak, ale nie jest to zasada bez wyjątków.

Typowe owoce czarnej maliny są stosunkowo nieduże. Nowoczesne odmiany jeżyn mogą natomiast tworzyć bardzo duże i efektowne owoce. Z tego powodu stojące obok siebie owoce często da się odróżnić już po wielkości.

Nie należy jednak polegać wyłącznie na tej cesze. Istnieją drobnoowocowe jeżyny i większe odmiany malin, dlatego rozmiary mogą się częściowo pokrywać.

Znacznie pewniejsze pozostaje sprawdzenie wnętrza owocu po jego zerwaniu.

Jak odróżnić krzak czarnej maliny od jeżyny?

Zadanie staje się nieco trudniejsze, jeśli na roślinie nie ma jeszcze owoców. Można jednak zwrócić uwagę na wygląd pędów.

Według Penn State Extension pędy czarnej maliny mogą mieć charakterystyczny jasny, białawy nalot. Występują na nich również mniejsze, zakrzywione kolce. U wielu jeżyn pędy są bardziej purpurowoczerwone, a kolce mogą być mocniejsze i bardziej masywne.

Trzeba jednak pamiętać, że współczesne odmiany ogrodowe są bardzo zróżnicowane. Dostępne są chociażby jeżyny bezkolcowe, dlatego obecność cierni nie może być jedyną podstawą identyfikacji.

Różnice widać również w sposobie wzrostu. Zarówno maliny, jak i jeżyny tworzą długie pędy, które w zależności od odmiany mogą być wzniesione, łukowate albo wymagać prowadzenia przy podporach.

Czy czarna malina rośnie w Polsce?

Czarna malina może być uprawiana w polskich ogrodach. Nie jest jednak tak powszechna jak klasyczna malina czerwona czy jeżyna ogrodowa.

Najbardziej znanym przedstawicielem tej grupy jest Rubus occidentalis, pochodzący z Ameryki Północnej. W sprzedaży dostępne są odmiany czarnej maliny przeznaczone do uprawy amatorskiej.

Właśnie stosunkowo niewielka popularność czarnej maliny sprawia, że osoba widząca po raz pierwszy niemal czarne owoce na krzewie może automatycznie uznać je za jeżyny.

Roślina nadal zachowuje jednak typową cechę malin. Dojrzały owoc podczas zbioru oddziela się od dna kwiatowego, pozostawiając pusty środek.

Co jest lepsze do ogrodu, czarna malina czy jeżyna?

Wiele zależy od tego, czego oczekujemy od uprawy. Oba gatunki mogą dawać smaczne owoce nadające się do bezpośredniego jedzenia oraz na przetwory.

Czarna malina będzie ciekawym wyborem dla osoby, która lubi smak malin, ale chciałaby posadzić mniej popularną odmianę o bardzo ciemnych owocach. Można wykorzystywać ją do deserów, koktajli, dżemów, soków i domowych przetworów.

Jeżyna jest natomiast bardzo dobrym rozwiązaniem dla osób, którym zależy na dużych, jędrnych owocach. Szczególnie wygodne w niewielkich ogrodach mogą być odmiany bezkolcowe prowadzone przy podporach.

Przed zakupem konkretnej sadzonki warto sprawdzić jej siłę wzrostu, wymagania stanowiskowe oraz sposób owocowania. Sama nazwa czarna malina albo jeżyna nie mówi bowiem wszystkiego o zachowaniu konkretnej odmiany.

Czy czarna malina jest zdrowa?

Podobnie jak inne ciemne owoce jagodowe, czarna malina zawiera między innymi antocyjany i inne związki polifenolowe.

Jej bardzo ciemna barwa jest związana właśnie z obecnością naturalnych barwników roślinnych. Badania porównujące różne gatunki i odmiany Rubus wykazały wysoką zawartość antocyjanów i polifenoli w badanych czarnych malinach.

Jeżyny również są wartościowymi owocami i zawierają błonnik, witaminy oraz związki roślinne. Nie ma więc potrzeby traktowania jednego z tych owoców jako jednoznacznie lepszego od drugiego.

Największa praktyczna różnica dla ogrodnika i konsumenta dotyczy przede wszystkim smaku, struktury owocu oraz sposobu zbioru.

Jak najszybciej rozpoznać czarną malinę?

Jeżeli znaleźliśmy ciemne owoce przypominające jednocześnie malinę i jeżynę, najlepiej zerwać jeden w pełni dojrzały egzemplarz.

Jeżeli owoc zejdzie z rośliny, pozostawiając w środku pustą przestrzeń, mamy cechę charakterystyczną dla maliny. Jeśli natomiast razem z owocem zostanie zerwany pełny rdzeń, wskazuje to na jeżynę.

To zdecydowanie łatwiejsza metoda niż porównywanie odcienia czerni, wielkości poszczególnych pestkowców czy połysku skórki. Czarna malina może bowiem wyglądać jak niewielka jeżyna, ale sposób, w jaki owoc odłącza się od rośliny, od razu zdradza jej prawdziwą naturę.

IOR-PIB bije na alarm w sprawie ślimaków na polach. Problem przybiera na sile

0
slimaki na polu

Problem szkodliwości ślimaków w Polsce przybiera na sile i z roku na rok staje się jednym z najpoważniejszych wyzwań dla polskich rolników, ogrodników i sadowników. Instytut Ochrony Roślin – Państwowy Instytut Badawczy (IOR-PIB) wydał oficjalny komunikat, w którym przestrzega przed rosnącą aktywnością tych szkodników. Ciepła i wilgotna aura sprawia, że ślimaki zagrażają nie tylko dojrzewającym uprawom, ale i jakości zebranego plonu.

Warunki pogodowe nakręcają plagę: Ślimaki atakują podczas zbiorów

Wypadające na sierpień intensywne prace żniwne oraz zbiory owoców i warzyw nakładają się w tym roku z niekorzystnymi uwarunkowaniami pogodowymi. Utrzymująca się wysoka wilgotność, częste opady deszczu oraz temperatury przekraczające 20°C stwarzają idealne mikrośrodowisko do żerowania i szybkiego rozmnażania się ślimaków.

Szkodniki te występują powszechnie zarówno na otwartych plantacjach polowych, jak i w uprawach pod osłonami. Uszkadzają praktycznie każdy element rośliny: od nasion, siewek, korzeni i bulw, aż po liście, pędy, kwiaty oraz dojrzałe owoce.

WAŻNE: Monitoring i progi ekonomicznej szkodliwości (IOR-PIB)

W okresie zbiorów monitoring obecności ślimaków powinien skupiać się na ocenie ich obecności w dojrzewających łanach i bezpośrednio w zebranym plonie. Próg ekonomicznej szkodliwości wynosi:

  • 6 osobników na 1 m² powierzchni uprawy, LUB
  • 3 ślimaki odłowione w jednej pułapce chwytnej.

Kto niszczy nasze uprawy? Najgroźniejsze gatunki ślimaków w Polsce

Wśród wielu gatunków zasiedlających polskie pola i ogrody, IOR-PIB wskazuje cztery gatunki ślimaków nagich jako stanowiące największe bezpośrednie zagrożenie ekonomiczne dla agrobiznesu:

Nazwa polskaNazwa łacińskaGłówne obszary zagrożenia
Ślinik pospolityArion vulgarisRzepak, kukurydza, warzywa, uprawy jagodowe
Ślinik wielkiArion rufusUprawy polowe, ogrodnicze, tereny wilgotne
Pomrowik plamistyDeroceras reticulatumKiełkujące ziarno zbóż, rzepak ozimy, kukurydza
Pomrowik małyDeroceras laeveSiewki, warzywa pod osłonami i w gruncie

Dodatkowo na plantacjach sadowniczych (porzeczki, maliny, borówki) ogromny problem stanowią ślimaki skorupkowe: wstężyk ogrodowy (Cepaea hortensis) oraz wstężyk gajowy (Cepaea nemoralis), które masowo gromadzą się na liściach i owocach aż do momentu zbioru.

Ukryte straty: Od wyjedzonego ziarna po utratę jakości handlowej

Najpoważniejsze ubytki w obsadzie roślin ślimaki powodują w początkowych fazach rozwojowych – niszcząc pęczniejące ziarno, siewki oraz młode rośliny pszenicy, kukurydzy czy rzepaku. Efekty tego żerowania są nieodwracalne i widoczne przed żniwami w postaci przerzedzonego łanu oraz drastycznie obniżonego plonowania. Na stanowiskach silnie opanowanych przez szkodnika lokalne straty w plonie mogą sięgać nawet 50%!

Zanieczyszczenie plonu – cichy zabójca opłacalności

Bezpośrednio przed żniwami i zbiorami pojawia się drugie, równie poważne zagrożenie: zanieczyszczenie plonu śluzem, odchodami oraz samymi żywymi osobnikami.

  • Obniżenie klasy handlowej: Owoce, warzywa czy materiał siewny zanieczyszczony śluzem stają się nieatrakcyjne dla skupów i przetwórni, co generuje bezpośrednie straty finansowe.
  • Wektor chorób: Pozostawione przez ślimaki wydaliny i uszkodzenia tkanki tworzą idealne wrota dla infekcji grzybowych, bakteryjnych oraz wirusowych, prowadząc do gnicia surowca podczas transportu i magazynowania.

Ograniczone pole manewru: Jak walczyć ze ślimakami przed samymi zbiorami?

Ze względu na trwające lub zbliżające się zbiory, możliwości chemicznego zwalczania ślimaków są obecnie bardzo ograniczone. Przed zastosowaniem jakichkolwiek moluskocydów rolnik musi bezwzględnie przeanalizować etykietę instrukcję stosowania środka, zakres jego rejestracji oraz bezwzględnie przestrzegać okresu karencji, aby nie dopuścić do przekroczenia dopuszczalnych limitów pozostałości w plonie.

Dobre Praktyki Rolnicze i agrotechnika na tym etapie:

  1. Systematyczny monitoring: Regularna kontrola brzegów pól, miedz oraz miejsc zacienionych i wilgotnych przy użyciu pułapek chwytnych.
  2. Likwidacja kryjówek: Wykaszanie miedz, usuwanie resztek roślinnych i chwastów stanowiących schronienie dla szkodników w ciągu dnia.
  3. Uprawa roli po zbiorach: Wykonanie talerzowania lub podorywki bezpośrednio po zbiorze wyciąga jaja i ślimaki na powierzchnię, gdzie giną na skutek działania słońca i suszy.
  4. Ograniczanie zanieczyszczeń: Ręczne i mechaniczne usuwanie ślimaków z bezpośrednich stref zbioru na plantacjach ogrodniczych i sadowniczych.

źródło: IOR PIB

Oskarżali rolników o pogrom w pasiekach. Raport IOR-PIB wskazuje prawdziwego winnego!

0

Dobre zimowanie rodzin pszczelich, spory stres związany z pogodą oraz rosnąca świadomość rolników w zakresie ochrony roślin – tak w skrócie można podsumować sezon wegetacyjny 2026. Instytut Ochrony Roślin – PIB opublikował oficjalną ocenę sytuacji pszczoły miodnej w Polsce. Sprawdź, co było największym zagrożeniem dla owadów zapylających i jak przebiegała ochrona rzepaku ozimego.

Podsumowanie sezonu powstało na podstawie monitoringu i badań prowadzonych przez ekspercki zespół IOR-PIB w Poznaniu w ramach Dotacji Celowej Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Choć w przestrzeni medialnej nie brakowało obaw, dane instytutu wyraźnie wskazują główne przyczyny trudniejszego roku w pasiekach.

Udana wiosna i wczesny start sezonu

Kondycja rodzin pszczelich po zimie została oceniona przez samych pszczelarzy jako dobra. Sprzyjające warunki pod koniec lutego i na początku marca umożliwiły wczesne loty pożytkowe – owady zbierały pierwszy pyłek głównie z leszczyny, wierzb oraz olchy.

W kwietniu kluczowym pożytkiem stały się kwitnące drzewa owocowe. W tym czasie w sadach przeprowadzano niezbędne zabiegi zwalczania szkodników. Jak podkreśla IOR-PIB, powszechnie stosowany w sadownictwie acetamipryd – poparty wieloletnimi badaniami instytutu – nie wykazał negatywnego wpływu na przeżywalność i zachowanie pszczół, pod warunkiem stosowania go zgodnie z etykietą.

Ochrona rzepaku ozimego a bezpieczeństwo zapylaczy

Największa uwaga badaczy była tradycyjnie skierowana na zabiegi insektycydowe w rzepaku ozimym, gdzie ryzyko nakładania się aktywności owadów i oprysków jest największe.

Presja szkodników łodygowych (luty/marzec) Sygnalizacja IOR-PIB odnotowała pierwsze naloty chowacza brukwiaczka już między 24 a 26 lutego (kulminacja 2–4 marca), a chowacza czterozębnego w dniach 6–10 marca. Zabiegi chemiczne w fazach BBCH 30–39 wykonywano przed pojawieniem się otwartych kwiatów. Brak ekspozycji pszczół spowodował, że ryzyko zatrucia było znikome, a do instytutu nie wpłynęły żadne zgłoszenia o poszkodowanych pniach.

Słodyszek rzepakowy i początek kwitnienia Naloty słodyszka rozpoczęły się pod koniec marca (BBCH 50–51), a ich szczyt przypadł na fazę BBCH 53–55, gdy pojawiały się pierwsze kwiaty. Ze względu na wysoką odporność słodyszka na pyretroidy oraz w trosce o owady zapylające, rolnicy masowo wybierali substancje bezpieczniejsze, głównie acetamipryd (w tym popularny Mospilan 20 SP).

Zabiegi na chowacza podobnika (maj) Najtrudniejszy moment przypadł na okres 5–15 maja (pełnia kwitnienia, BBCH 65–67). Do ochrony używano pyretroidów (lambda-cyhalotryna, deltametryna, cypermetryna) oraz ich mieszanin z acetamiprydem. IOR-PIB przypomina, że pyretroidy należą do grupy substancji bardzo niebezpiecznych dla owadów pożytecznych i wymagają rygorystycznego przestrzegania pory wykonywania zabiegów.

W sezonie 2026 zgłoszenia dotyczące podejrzeń zatruć miały charakter wyłącznie incydentalny. Doniesienia medialne o rzekomym użyciu nielegalnego chloropiryfosu nie znalazły oficjalnego potwierdzenia w badaniach PIORiN, IOR-PIB oraz PIW-PIB w Puławach.

Pogoda głównym winowajcą niższych zbiorów miodu

Z raportu wynika jednoznaczny wniosek: lokalnie gorsza kondycja pasiek nie wynikała z użycia środków ochrony roślin. Kluczowym czynnikiem ograniczającym aktywność pszczół i wydajność pożytkową była aura.

  • Chłodny kwiecień i przymrozki – drastycznie ograniczyły liczbę dni, w których pszczoły mogły wylecieć z uli.
  • Lokalna susza i porywisty wiatr – doprowadziły do znacznego zmniejszenia nektarowania roślin.

W efekcie pożytki rzepakowe w większości rejonów kraju ukształtowały się poniżej średniej wieloletniej. Zbiory z mniszka, lipy, gryki, akacji czy spadzi pozostały na przeciętnym poziomie.

Zalecenia IOR-PIB dla rolników na kolejne miesiące

Instytut Ochrony Roślin wydał rekomendacje mające na celu dalszą ochronę zapylaczy przy zachowaniu wysokiej skuteczności zabiegów:

  1. Wybór bezpiecznych substancji: Stosowanie preparatów na bazie acetamiprydu tam, gdzie pozwala na to etykieta.
  2. Przełamywanie odporności szkodników: Wykorzystanie synergetyka – butoksylanu piperonylu (PBO). Badania IOR-PIB potwierdzają, że PBO zwiększa skuteczność pyretroidów bez podnoszenia ryzyka dla pszczół.
  3. Biologiczna ochrona roślin: Włączanie do programu oprysków biopreparatów (np. opartych na bakteriach entomopatogenicznych) oraz produktów wspomagających na bazie krzemu lub tytanu.
  4. Bezwzględne przestrzeganie etykiet: Wykonywanie zabiegów wyłącznie po nalocie pszczół, z uwzględnieniem kwitnących chwastów w podszycie plantacji.

źródło: IOR-PIB

Zupa krem z dyni – przepis, proporcje i warianty

0
Screenshot

Już niedługo zacznie się sezon na dynie, które co roku cieszą się coraz większą popularnością, a wraz z nimi zyskują też farmy dyniowe, gdzie można samodzielnie wybrać i zerwać owoc prosto z pola. Jaką dynię wybrać do zupy krem? Jak ją przyrządzić, żeby wyszła gładka i aksamitna? Podpowiadamy krok po kroku – od klasycznego przepisu bazowego, przez proporcje (ile dyni na zupę krem), po trzy popularne warianty: z pieczonej dyni, z dyni hokkaido i z dodatkiem mleczka kokosowego.

Historia dyni – skąd pochodzi

Dynia pochodzi z Ameryki Środkowej i Południowej, gdzie była uprawiana już kilka tysięcy lat przed naszą erą – archeolodzy znajdowali ślady jej uprawy w Meksyku sprzed nawet 7–8 tysięcy lat, co czyni ją jedną z najstarszych roślin uprawnych na świecie. Do Europy dynia trafiła po odkryciu Ameryki, czyli na przełomie XV i XVI wieku, przywieziona przez hiszpańskich i portugalskich żeglarzy. Szybko zadomowiła się w kuchniach Starego Kontynentu, a do Polski dotarła prawdopodobnie w XVI–XVII wieku, choć na dobre spopularyzowała się w kuchni polskiej dopiero w ostatnich dekadach – wcześniej traktowana była głównie jako pasza dla zwierząt lub warzywo drugorzędne.

Dynia w kuchniach świata

Zupa krem z dyni ma swoje odpowiedniki niemal w każdej kuchni świata, choć każda wersja ma nieco inny charakter. W Stanach Zjednoczonych klasyczny „pumpkin soup” często doprawiany jest cynamonem, gałką muszkatołową i odrobiną klonowego syropu, co nadaje mu słodkawy, korzenny charakter zbliżony do amerykańskiego pumpkin pie. W kuchni tajskiej dynię gotuje się z mlekiem kokosowym, pastą curry, trawą cytrynową i liśćmi limonki kaffir – taka zupa jest ostrzejsza, bardziej aromatyczna i lekko pikantna. We Francji popularna jest „velouté de potiron” – gładki krem z dyni z dodatkiem masła i śmietanki, podawany często z grzankami z serem gruyère. W Indiach dynię łączy się z curry, kuminem i kolendrą, tworząc gęstą, mocno przyprawioną zupę zbliżoną raczej do dalu niż europejskiego kremu.

Kiedy jest sezon na dynię w Polsce

W Polsce sezon na dynię trwa od września do listopada, choć pierwsze owoce pojawiają się na straganach i w sklepach już pod koniec sierpnia. To wtedy dynia jest najświeższa, najsmaczniejsza i najtańsza – warto wykorzystać ten czas na przygotowanie zupy krem z dyni, zanim owoce z bieżących zbiorów znikną z półek na rzecz tych z przechowalni. Dojrzałą dynię łatwo rozpoznać: powinna być ciężka jak na swój rozmiar, mieć twardą, niepordzewiałą skórkę bez miękkich plam i wgnieceń, a łodyga (ogonek) powinna być sucha, zdrewniała i mocno osadzona – jeśli łatwo się odrywa, oznacza to, że dynia mogła zostać zerwana zbyt wcześnie i będzie mniej słodka.

Zupa krem z dyni – właściwości zdrowotne

Jak dynia wpływa na organizm? Zupa krem z dyni to nie tylko sezonowy smak, ale też spory zastrzyk wartości odżywczych. Dynia jest bogata w beta-karoten, który organizm przekształca w witaminę A wspierającą wzrok i odporność, a także w witaminy C i E o działaniu antyoksydacyjnym. Dostarcza sporo potasu i błonnika, dzięki czemu wspomaga trawienie i daje długotrwałe uczucie sytości. Przy niewielkiej kaloryczności (dynia to ok. 25–30 kcal na 100 g) zupa krem z dyni sprawdza się jako lekki, a jednocześnie odżywczy posiłek – zwłaszcza w wersji bez dodatku śmietany, na samym bulionie warzywnym.

Najważniejsze właściwości zupy krem z dyni:

  • niska kaloryczność – porcja bez dodatku śmietany to zwykle 100–150 kcal;
  • duża zawartość beta-karotenu – wspiera wzrok, skórę i odporność;
  • witaminy C i E – działają antyoksydacyjnie, chronią komórki przed stresem oksydacyjnym;
  • potas – pomaga regulować ciśnienie krwi i pracę mięśni;
  • błonnik – wspomaga trawienie i wydłuża uczucie sytości;
  • łatwostrawność – dzięki formie kremu zupa jest delikatna dla żołądka, co doceniają też osoby na diecie lekkostrawnej.

Ile odmian dyni jest na świecie?

Dynia zaskakuje różnorodnością – na świecie uprawia się ją w kilkuset odmianach, należących do kilku gatunków z rodzaju Cucurbita (m.in. Cucurbita maxima, Cucurbita moschata i Cucurbita pepo). Szacuje się, że łącznie istnieje kilkaset, a licząc wszystkie lokalne i ozdobne formy – nawet kilka tysięcy odmian dyni, różniących się kształtem, kolorem, wielkością i przeznaczeniem. W Polsce najczęściej spotykamy zaledwie kilkanaście z nich – wśród najpopularniejszych na zupę krem znajdziemy dynię piżmową (butternut), hokkaido, olbrzymią oraz dynię makaronową, choć ta ostatnia sprawdza się raczej jako zamiennik makaronu niż baza do kremu.

Ile dyni na zupę krem – proporcje

Pytanie „ile dyni na zupę krem” wraca najczęściej, bo dynie różnią się wielkością, odmianą i zawartością wody. Orientacyjne proporcje do zupy krem z dyni:

  • 1 kg dyni (obranej, bez pestek) – wystarczy na 3–4 porcje gęstej zupy krem z dyni.
  • 250 g dyni na porcję to bezpieczny punkt wyjścia, jeśli zależy Ci na wyraźnie dyniowej, a nie rozwodnionej zupie krem.
  • Na duży garnek dla 6 osób warto liczyć 1,5 kg miąższu – tyle zwykle daje jeden średni owoc dyni piżmowej.
  • Odmiana ma znaczenie: dynia hokkaido jest bardziej zbita i słodka, więc przy niej można zejść nawet do 200 g na porcję, bo nie trzeba jej obierać ani odsączać z nadmiaru wody.

Najprostsza zupa krem z dyni – przepis bazowy

To najprostsza zupa krem z dyni, jaką da się zrobić, i baza do wszystkich wariantów poniżej.

Składniki (4 porcje):

  • 1 kg dyni (np. piżmowej lub hokkaido), obrana i pokrojona w kostkę
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 marchewka
  • 700 ml bulionu warzywnego lub drobiowego
  • 2 łyżki oliwy lub masła
  • sól, pieprz, gałka muszkatołowa lub imbir do smaku
  • opcjonalnie: śmietanka 30% lub mleczko kokosowe do podania

Przygotowanie:

  1. Na oliwie zeszklij cebulę i czosnek, dodaj pokrojoną marchewkę.
  2. Wrzuć dynię, wymieszaj i podduś 2–3 minuty.
  3. Zalej bulionem, gotuj pod przykryciem 20–25 minut, aż warzywa będą miękkie.
  4. Zblenduj na gładki krem, dopraw solą, pieprzem i gałką muszkatołową.
  5. Podawaj z pestkami dyni, grzankami lub skropioną oliwą.

Ta pyszna zupa krem z dyni sprawdza się jako szybki, sycący obiad dla całej rodziny – wystarczy kilka podstawowych składników i pół godziny czasu.

Zupa krem z pieczonej dyni – przepis

Pieczenie zamiast gotowania to sposób na głębszy, karmelowy smak.

Składniki (4 porcje):

  • 1 kg dyni, pokrojonej w ćwiartki lub grubą kostkę (ze skórą lub bez)
  • 1 cebula, pokrojona w ćwiartki
  • 3 łyżki oliwy
  • 600 ml bulionu warzywnego
  • szczypta chili lub wędzonej papryki
  • sól, pieprz do smaku
  • śmietana lub jogurt naturalny do podania

Przygotowanie:

  1. Dynię i cebulę ułóż na blasze, skrop oliwą, dopraw solą i pieprzem.
  2. Piecz 30–35 minut w 200°C, aż brzegi lekko się przypalą, a miąższ zmięknie.
  3. Upieczone warzywa przełóż do garnka, zalej bulionem.
  4. Zblenduj na gładki krem, dopraw chili lub wędzoną papryką.
  5. Podawaj z łyżką śmietany i grzankami.

Zupa krem z pieczonej dyni wychodzi ciemniejsza i wyraźnie słodsza niż wersja gotowana, bez potrzeby dodawania cukru.

Zupa krem z dyni hokkaido – przepis

Hokkaido to jedna z ulubionych odmian do zup kremów, bo ma jadalną skórkę i mało wody – nie trzeba jej obierać, a zupa gęstnieje bez dodatkowych zabiegów.

Składniki (4 porcje):

  • 1 dynia hokkaido (ok. 1 kg), umyta, pokrojona w kostkę ze skórą
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 700 ml bulionu warzywnego
  • 1 łyżeczka curry lub kminu rzymskiego
  • 2 łyżki oliwy
  • sól, pieprz do smaku

Przygotowanie:

  1. Na oliwie zeszklij cebulę i czosnek.
  2. Dodaj dynię hokkaido pokrojoną w kostkę wraz ze skórą, podsmaż 2–3 minuty.
  3. Zalej bulionem, dodaj curry lub kmin, gotuj 20 minut do miękkości.
  4. Zblenduj na gładki krem – skórka hokkaido rozpadnie się bez śladu.
  5. Dopraw solą i pieprzem, podawaj od razu.

Zupa krem z dyni hokkaido to najszybszy wariant, bo oszczędza czas na obieraniu, a smak jest intensywnie pomarańczowy i orzechowy.

Zupa krem z dyni z mleczkiem kokosowym – przepis

Wersja o egzotycznym charakterze, popularna wśród szukających zupy bezmlecznej lub wegańskiej.

Składniki (4 porcje):

  • 1 kg dyni, obranej i pokrojonej w kostkę
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • kawałek imbiru (ok. 2 cm), starty
  • 500 ml bulionu warzywnego
  • 300 ml mleczka kokosowego
  • 1 łyżeczka curry lub chili do smaku
  • sól, pieprz do smaku

Przygotowanie:

  1. Na oleju kokosowym lub oliwie zeszklij cebulę, czosnek i imbir.
  2. Dodaj dynię, podsmaż chwilę, zalej bulionem.
  3. Gotuj 20 minut do miękkości dyni.
  4. Wlej mleczko kokosowe, dopraw curry lub chili.
  5. Zblenduj na gładki krem, dopraw solą i pieprzem.

Zupa krem z dyni z mleczkiem kokosowym dobrze równoważy naturalną słodycz dyni – im słodsza dynia, tym śmielej można dawkować chili.

Jak przechowywać całą, nieprzekrojoną dynię

Cała, nieprzekrojona dynia przechowuje się wyjątkowo długo – w suchym, chłodnym i przewiewnym miejscu (temperatura ok. 10–15°C, wilgotność 50–70%) może wytrzymać od kilku tygodni do nawet kilku miesięcy, w zależności od odmiany. Najlepiej sprawdzają się do tego piwnice, spiżarnie lub chłodne pomieszczenia gospodarcze – należy unikać bezpośredniego światła słonecznego i wilgoci, które przyspieszają gnicie. Dynię warto też ułożyć tak, by nie dotykała innych owoców, a raz na jakiś czas sprawdzić, czy na skórce nie pojawiają się miękkie plamy. Po przekrojeniu dynia traci swoją trwałość znacznie szybciej i w lodówce, szczelnie owinięta, wytrzyma już tylko około 5–7 dni.

Jak przechowywać nadmiar dyni na zupę krem

Jeśli kupiłeś więcej dyni niż zdążysz wykorzystać od razu, pokrój ją w kostkę i zamroź porcjami – dzięki temu zupę krem z dyni ugotujesz później bez rozmrażania. Odmiany o zwartym miąższu, jak hokkaido czy piżmowa, najlepiej znoszą mrożenie i zachowują smak nawet kilka miesięcy.

FAQ

Jaka dynia najlepsza na zupę krem? Piżmowa (butternut) i hokkaido sprawdzają się najlepiej – mają mało wody i gęsty, słodkawy miąższ. Dynia olbrzymia bywa bardziej wodnista i wymaga dłuższego odparowania.

Czy trzeba obierać dynię do zupy krem? Przy hokkaido – nie, skórka jest jadalna po ugotowaniu lub upieczeniu. Pozostałe odmiany zwykle warto obrać.

Jak zagęścić zupę krem z dyni, jeśli wyszła zbyt wodnista? Dolej mniej bulionu na start albo dogotuj bez przykrycia, żeby odparować nadmiar płynu, ewentualnie dodaj ugotowany ziemniak.

Inowrocław zalany po burzy. Miasto zmaga się ze skutkami nawałnicy

0

Inowrocław zmagał się w nocy z piątku na sobotę (21/22 sierpnia) ze skutkami gwałtownej ulewy. Woda zalała m.in. tunel prowadzący do dworca PKP, a strażacy w powiecie inowrocławskim interweniowali 30 razy.

Zalany tunel do dworca PKP w Inowrocławiu

Front burzowy, który przeszedł nad województwem kujawsko-pomorskim w nocy z 21 na 22 sierpnia, mocno dał się we znaki mieszkańcom Inowrocławia. Intensywne opady doprowadziły do zalania tunelu prowadzącego do dworca PKP – nagranie i zdjęcia zalanego przejścia opublikowała Straż Miejska w Inowrocławiu.

30 interwencji straży pożarnej w powiecie inowrocławskim

Od godziny 2:00 w nocy do stanowisk kierowania zaczęły spływać zgłoszenia z całego regionu. W samym powiecie inowrocławskim strażacy PSP i OSP wyjeżdżali 30 razy – głównie do zalanych piwnic, garaży i posesji oraz do usuwania powalonych drzew i połamanych konarów blokujących drogi.

Najgorsza sytuacja we wschodniej części regionu

To i tak mniej niż w sąsiednich powiatach – najtrudniejsza sytuacja panowała w brodnickim (45 interwencji), mogileńskim (43) i rypińskim (34), gdzie woda zalała również piwnice trzech szpitali (w Brodnicy, Aleksandrowie Kujawskim i Włocławku). Placówki nie przerwały jednak pracy.

Wzmocnione stany osobowe strażaków

Jak informuje st. kpt. Przemysław Baniacki z Komendy Wojewódzkiej PSP w Toruniu, w związku z zagrożeniem drugiego stopnia wzmocniono stany osobowe w 8 z 19 komend powiatowych w regionie. Mimo skali nawałnicy nie odnotowano poważnych uszkodzeń budynków ani osób poszkodowanych.

Ostrzeżenie IMGW nadal aktualne

IMGW ostrzegał przed opadami do 70 mm i porywami wiatru do 80 km/h. Alert drugiego stopnia dla części województwa, w tym dla Inowrocławia, obowiązuje do soboty 22 sierpnia do godziny 11:00.

źródło: TVP Bydgoszcz

Rzucił karierę i wrócił na wieś. Z jednego hektara zbudował 800-hektarowe gospodarstwo

0

Jeden hektar kupiony za własne oszczędności był początkiem gospodarstwa, które dziś obejmuje około 800 ha gruntów własnych i dzierżawionych. Po drodze była praca za granicą, kariera w międzynarodowych korporacjach i trudna decyzja o powrocie na rodzinną ziemię.

Dziś Jacek Koperski nie tylko prowadzi duże gospodarstwo rolne, ale jest również współwłaścicielem biogazowni rolniczej i mleczarni. Jego historia dobrze pokazuje, jak w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat zmieniła się polska wieś.

Jacek Koperski jest współwłaścicielem biogazowni rolniczej oraz mleczarni przetwarzającej mleko pochodzące od krów utrzymywanych w gospodarstwie.

Rozwój gospodarstwa rolnego od 1 do 800 hektarów

Historia gospodarstwa Jacka Koperskiego rozpoczęła się w 1989 roku. Trudno było wówczas mówić o dużym przedsiębiorstwie rolnym czy rozbudowanym zapleczu produkcyjnym. Początkiem był zaledwie jeden hektar ziemi kupiony za samodzielnie zgromadzone oszczędności.

Historia tego gospodarstwa zaczęła się od pierwszego hektara zakupionej ziemi za własne, zaoszczędzone pieniądze 36 lat temu

– wspomina Jacek Koperski.

Od tamtego momentu gospodarstwo było systematycznie rozwijane. Dziś jego powierzchnia wynosi około 800 hektarów, na które składają się zarówno grunty własne, jak i dzierżawione. Samo gospodarstwo nie jest już jednak jedynym filarem działalności.

Rodzina świadczy również usługi rolnicze na zewnątrz, a Jacek Koperski jest współwłaścicielem biogazowni rolniczej oraz mleczarni przetwarzającej mleko pochodzące od krów utrzymywanych w gospodarstwie.

W ten sposób przez lata wokół produkcji rolnej powstał znacznie większy system, w którym poszczególne gałęzie działalności wzajemnie się uzupełniają.

Zakup ziemi rolnej sposobem na rozwój gospodarstwa. Zarobione pieniądze inwestował w hektary

Rozwój gospodarstwa nie nastąpił jednak z dnia na dzień. Jacek Koperski przez wiele lat łączył budowanie własnego gospodarstwa z nauką i pracą zawodową.

Podczas wakacji wyjeżdżał do pracy za granicę. Później pracował także w międzynarodowych korporacjach działających m.in. na rynku farmaceutycznym. Zarobione pieniądze zamiast przeznaczać na konsumpcję, inwestował przede wszystkim w kolejne grunty.

Wszystkie zarobione pieniądze wykorzystywałem do zakupu ziemi i powiększania areału gospodarstwa

– mówi.

Z perspektywy czasu był to szczególny okres dla osób, które chciały rozwijać gospodarstwa. Jak wspomina Koperski, zainteresowanie gruntami rolnymi było znacznie mniejsze niż obecnie, a ceny ziemi znajdowały się na zupełnie innym poziomie. Dostrzegł w tym możliwość stopniowego budowania własnego gospodarstwa.

Ceny ziemi rolnej kiedyś i dziś. Hektar kosztował około 5000 zł

Lata 90. i początek XXI wieku były dla polskiego rolnictwa okresem ogromnych przemian. Wiele niewielkich gospodarstw znajdowało się w trudnej sytuacji, a ziemia rolna nie była jeszcze traktowana jako tak atrakcyjna inwestycja jak obecnie.

Według Jacka Koperskiego hektar można było wówczas kupić za około 5000 zł. Jak wskazuje w swojej relacji, później ceny sięgały już około 50 tys. zł za hektar.

Dla młodego rolnika oznaczało to możliwość stopniowego powiększania gospodarstwa. Każda kolejna inwestycja w grunty zwiększała potencjał produkcyjny i tworzyła fundament pod dalszy rozwój.

Widziałem szansę i możliwości dla rozwoju naszego rolnictwa. To był taki motor napędowy do tego, że można stworzyć coś z niczego

– podkreśla.

Jednocześnie Koperski nie zdecydował się wtedy na natychmiastowe porzucenie edukacji i całkowite przejście do rolnictwa. Wybrał studia, równolegle rozwijając gospodarstwo.

Z wykształcenia jest lekarzem weterynarii, zootechnikiem i menedżerem. Zdobyte wykształcenie otworzyło przed nim możliwość kariery poza rolnictwem, z której przez pewien czas korzystał.

Prowadzenie gospodarstwa rodzinnego wygrało z karierą w korporacji

Przełom nastąpił po śmierci ojca, który przez lata był dla Jacka Koperskiego ważnym wsparciem w prowadzeniu gospodarstwa. Wtedy konieczne stało się podjęcie decyzji, której wcześniej można było unikać: kontynuować karierę zawodową czy całkowicie poświęcić się rolnictwu.

Po śmierci ojca musiałem zdecydować, czy dalej kariera w korporacjach międzynarodowych, czy powrót na ziemię rodzinną

– wspomina.

Z jednej strony była praca w międzynarodowych przedsiębiorstwach i zdobyte wykształcenie. Z drugiej – rodzinna ziemia oraz gospodarstwo budowane przez kolejne lata. Ostatecznie wygrało rolnictwo. Decyzję o powrocie określa jako trudną, ale zadecydowało przywiązanie do gospodarstwa i ziemi:

Dokonałem wyboru, podjąłem decyzję o tym, żeby powrócić, zająć się gospodarstwem rodzinnym i być rolnikiem w pełnym tego słowa znaczeniu

– mówi Jacek Koperski.

Od tego momentu rozwój gospodarstwa stał się jego podstawową działalnością zawodową.

Nowoczesne gospodarstwo rolne: 800 ha, biogazownia rolnicza i mleczarnia

Dzisiaj działalność Jacka Koperskiego znacznie wykracza poza klasycznie rozumianą produkcję rolną. Oprócz gospodarowania na około 800 hektarach i produkcji mleka gospodarstwo powiązane jest z dwoma kolejnymi przedsięwzięciami – mleczarnią oraz biogazownią rolniczą.

Co ważne, nie są to całkowicie niezależne działalności. Poszczególne elementy zostały połączone w taki sposób, aby produkty lub pozostałości powstające w jednym miejscu mogły zostać wykorzystane w kolejnym.

Mleko produkowane przez krowy z gospodarstwa trafia do mleczarni, której Koperski jest współwłaścicielem. Z kolei biomasa powstająca podczas produkcji roślinnej może zostać zagospodarowana w biogazowni.

W efekcie gospodarstwo nie koncentruje się wyłącznie na tym, ile ton ziarna uda się zebrać z hektara. Znaczenie ma również biomasa pozostająca po zbiorach, która w tradycyjnym modelu produkcji mogłaby mieć znacznie mniejszą wartość ekonomiczną.

Jak działa biogazownia rolnicza? Produkują energię elektryczną, ciepło i chłód

Szczególnie interesującym elementem całego systemu jest sposób funkcjonowania biogazowni.

Podstawą jest kogeneracja, czyli jednoczesne wytwarzanie energii elektrycznej i ciepła. W tym przypadku na tym jednak nie poprzestano.

Powstające ciepło jest wykorzystywane również na potrzeby sąsiadującej mleczarni. Dzięki zastosowaniu procesu trigeneracji część energii pozwala na wytwarzanie chłodu, potrzebnego w działalności zakładu mleczarskiego.

Wytwarzamy energię elektryczną, wytwarzamy ciepło oraz wytwarzamy chłód

– tłumaczy Jacek Koperski.

Dzięki temu energia powstająca w biogazowni może zostać wykorzystana na kilka sposobów, a współpraca gospodarstwa, biogazowni i mleczarni tworzy system, w którym poszczególne działalności są ze sobą powiązane.

Na tym inwestycje mają się nie kończyć. Jak wskazuje Koperski, prowadzone są prace nad kolejnym sposobem zagospodarowania energii – odzyskiwaniem ciepła ze spalin i przetwarzaniem go w energię elektryczną.

Biomasa w biogazowni rolniczej. Słoma staje się dodatkowym źródłem dochodu

Inne podejście widać również podczas zbioru roślin. W gospodarstwie znaczenie ma nie tylko plon główny, ale także to, co pozostaje po jego zebraniu.

Część biomasy jest rozdrabniana przez kombajn i rozrzucana bezpośrednio na powierzchni pola. Następnie zostaje wymieszana z glebą i pozostaje w gospodarstwie jako źródło materii organicznej.

Inaczej zagospodarowywana jest sucha biomasa nadająca się do dalszego wykorzystania. Jest zbierana, prasowana w bele, a następnie transportowana do biogazowni, gdzie może służyć jako substrat do produkcji energii.

Ziarno sprzedajemy, natomiast biomasę również wykorzystujemy. Wykorzystujemy ją jako substrat przetwarzany w biogazowni rolniczej, co stanowi dla nas dodatkowy dochód

– wyjaśnia rolnik.

W praktyce oznacza to próbę maksymalnego wykorzystania tego, co zostało wyprodukowane na polu. Z jednego hektara pozyskiwany jest nie tylko plon przeznaczony do sprzedaży. Wartość może mieć również biomasa, która staje się kolejnym elementem rachunku ekonomicznego gospodarstwa.

Jak zmieniło się polskie rolnictwo przez ostatnie 36 lat?

Historia gospodarstwa Jacka Koperskiego obejmuje już ponad trzy i pół dekady, a więc praktycznie cały okres największych przemian współczesnego polskiego rolnictwa.

Gdy rozpoczynał działalność w 1989 roku, polska wieś wyglądała zupełnie inaczej. Dominowały mniejsze gospodarstwa, możliwości inwestycyjne były ograniczone, a sam rynek ziemi dopiero zaczynał przechodzić ogromną transformację.

Dzisiaj Koperski patrzy na tę zmianę również przez pryzmat własnej historii:

Wyszedłem ze wsi biednej, ze wsi, w której były biedne, małe gospodarstwa. W tej chwili widzę, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat nasza polska wieś bardzo się zmieniła

– mówi.

Jego zdaniem współczesne gospodarstwa są nowocześniejsze i produkują więcej oraz efektywniej. Jego własna droga jest jednym z przykładów tej transformacji.

W 1989 roku punktem wyjścia był jeden hektar kupiony za oszczędności. Dzisiaj jest to około 800 hektarów gruntów własnych i dzierżawionych, produkcja rolna i mleczna, działalność usługowa oraz udziały w mleczarni i biogazowni.

W tej historii szczególnie interesująca jest jednak nie sama liczba hektarów. Gospodarstwo przez lata zmieniło sposób funkcjonowania – od klasycznej produkcji rolnej do modelu, w którym ziemia, zwierzęta, biomasa i energia tworzą coraz bardziej powiązany system.