Ceny zbóż i oleistych wejdą w drugą dekadę maja pod znakiem wyraźnego schłodzenia nastrojów. Ostatnie dni przyniosły zauważalne przeceny na giełdach w Chicago oraz na paryskim Matifie, co było bezpośrednią odpowiedzią na spadki na rynku ropy naftowej. Choć raportowane niedawno dane CFTC pokazywały historyczny optymizm spekulantów, bieżąca sytuacja sugeruje, że fundusze hedgingowe mogły już przystąpić do redukcji swoich rekordowych pozycji.
Spekulacyjny szczyt i zmiana warty w pszenicy
Warto przypomnieć, że pod koniec kwietnia nastąpił przełom: fundusze zajęły pozycje długie w pszenicy SRW po raz pierwszy od lipca 2022 roku. Jednak opisany w raportach stan ma charakter historyczny. Przy obecnej dynamice rynku i spadkach cen energii, jest niemal pewne, że kapitał spekulacyjny w międzyczasie odsprzedał część kontraktów, realizując zyski i wycofując się z najbardziej ryzykownych zakładów.
Giełda jako ekosystem: Dźwignia i hedging
Rynek kontraktów terminowych opiera się na dźwigni finansowej, która pozwala spekulantom (Managed Money) błyskawicznie budować potężne pozycje. Jednak po drugiej stronie rynku niezmiennie stoją producenci (Farmerzy), których celem jest hedging.
Producenci: Wykorzystali kwietniowe wzrosty do zabezpieczenia cen sprzedaży, co stworzyło naturalną barierę dla dalszych podwyżek.
Fundusze: Obecnie muszą mierzyć się z faktem, że ceny zbóż straciły wsparcie drożejącej ropy, co wymusza zamykanie pozycji „long”.
Kukurydza i soja: Odwrót od biopaliw?
Kukurydza i soja, silnie powiązane z sektorem biopaliw, najmocniej odczuły ostatnie zawirowania.
Korelacja z energią: Spadek cen ropy na początku maja osłabił fundamenty pod budowę popytu na etanol i biodiesel.
Odsprzedaż kontraktów: Fundusze, które jeszcze niedawno posiadały netto ponad 265 tys. kontraktów długich na kukurydzy, prawdopodobnie zaczęły masowo „wychodzić z rynku”, co dodatkowo napędziło spadki w Chicago.
Farmerzy jako przeciwwaga
Podczas gdy kapitał spekulacyjny cechuje się dużą zmiennością, producenci stanowią kotwicę rynku. Na pszenicy i kukurydzy aktywność farmerów po stronie sprzedaży (krótkie pozycje netto) pozostaje wysoka. Zabezpieczanie marż przy obecnej, rekordowej podaży z Argentyny i Australii okazuje się strategią słuszną w obliczu majowej korekty.
Wnioski dla rynku: Co dalej z cenami zbóż?
Obecne ceny zbóż są wynikiem starcia historycznie wysokiego zaangażowania spekulantów z realną podażą fizycznego ziarna. Ostatnia przecena na Matif i w Chicago pokazuje, że rynek był technicznie „przegrzany”. Kluczowym pytaniem na najbliższe dni pozostaje wynik szczytu Trump-Xi oraz stabilizacja na rynku energii. Jeśli fundusze hedgingowe będą kontynuować odsprzedaż kontraktów, możemy spodziewać się dalszej presji na ceny, dopóki rynek nie znajdzie nowego punktu równowagi między spekulacją a realnym popytem.
John Deere 5E dla profesjonalistów i użytkowników hobbystycznych
Ciągniki kompaktowe coraz częściej muszą łączyć kilka funkcji jednocześnie. Liczy się zwrotność, komfort pracy, możliwość współpracy z ładowaczem czołowym oraz uniwersalność podczas codziennych zadań. Właśnie z myślą o takich użytkownikach powstała seria John Deere 5E.
Maszyny z tej serii sprawdzają się zarówno w profesjonalnych gospodarstwach hodowlanych, jak i podczas prac komunalnych, w stadninach koni czy mniejszych gospodarstwach hobbystycznych. Dzięki kompaktowej konstrukcji i 3-cylindrowemu silnikowi o pojemności blisko 3 litrów ciągniki John Deere 5E mają łączyć dużą zwrotność z odpowiednią mocą do codziennych zadań.
Zwrotność i kompaktowe wymiary
Jednym z największych atutów serii John Deere 5E są niewielkie gabaryty i bardzo dobra manewrowość. Ma to znaczenie szczególnie podczas pracy w ciasnych budynkach gospodarskich, na placach manewrowych czy w przestrzeni miejskiej.
„Duży kąt skrętu (aż 55 stopni), mały rozstaw osi (tylko 2050 mm) i dogodnie umieszczone elementy sterujące sprawiają, że 5E szybko i bezproblemowo pokonuje ciasne zakręty” – mówi Kamil Walkiewicz, Product Sales Specialist w John Deere.
Producent zwraca również uwagę na łatwość codziennej obsługi technicznej. Jednoczęściowa maska otwierana pod kątem 60 stopni zapewnia szybki dostęp do najważniejszych punktów serwisowych i konserwacyjnych.
„Codzienna kontrola kondycji maszyny zajmuje chwilę. Jednoczęściową maskę można otworzyć łatwo i to w zakresie 60 stopni, więc operator ma łatwy dostęp do wszystkich kluczowych punktów serwisowych i konserwacyjnych, m.in. do filtra powietrza, chłodnic, środowiska silnika” – podkreśla Kamil Walkiewicz z John Deere.
Komfort operatora podczas codziennej pracy
W serii John Deere 5E duży nacisk położono również na komfort operatora. Ciągniki mają być przeznaczone do wielogodzinnej, codziennej pracy, dlatego kabina została zaprojektowana z myślą o ergonomii i wygodzie użytkownika.
„Ergonomiczne siedzisko z zawieszeniem pneumatycznym, mocne wygłuszenie kabiny, świetna widoczność podczas pracy z ładowaczem czołowym to standard w całej serii 5E. Dodatkowo w kabinie Premium operator ma do dyspozycji otwierany, szklany dach i zmniejszoną kierownicę, która ułatwia manewrowanie” – opowiada Kamil Walkiewicz z John Deere.
Duże znaczenie ma również współpraca z ładowaczem czołowym. W modelach John Deere 5E zastosowano kompaktowy ładowacz H240, który ma zapewniać lepszą widoczność oraz większą precyzję manewrowania.
„Dopasowane mocowanie ładowacza czołowego zapewnia równomierny rozkład obciążenia, a w konsekwencji stabilność maszyny. Poza tym operator mechanicznie reguluje podnośnik i ma do dyspozycji elektroniczne przyciski funkcji podnoszenia oraz opuszczania” – dodaje Kamil Walkiewicz z John Deere.
WOM i hydraulika do wielu zastosowań
Seria John Deere 5E została przygotowana do współpracy z szeroką gamą maszyn i narzędzi. Elektrohydrauliczny WOM ma zapewniać wysoką wydajność przy jednoczesnym ograniczeniu zużycia paliwa.
„Elektrohydrauliczny WOM, który napędza narzędzia podłączone do ciągnika, wyróżnia się wysokim zakresem mocy stałej, wysokim zapasem momentu obrotowego i niskim zużyciem paliwa. Można też wygodnie sterować nim z poziomu kabiny” – mówi Kamil Walkiewicz z John Deere.
W standardzie dostępny jest WOM 540 lub WOM 540E, który pozwala osiągnąć wymaganą prędkość przy niższych obrotach silnika, co przekłada się na oszczędność paliwa podczas lżejszych prac.
Przekładnia PowrReverser i wygodne manewrowanie
W przypadku prac wymagających częstych zmian kierunku jazdy ogromne znaczenie ma przekładnia. W serii John Deere 5E zastosowano rozwiązanie PowrReverser, które ma zapewniać płynną i szybką zmianę kierunku jazdy bez konieczności używania sprzęgła.
„Na uwagę zasługuje na pewno łatwa w użyciu przekładnia PowrReverser. Umożliwia ona płynną, szybką zmianę kierunku jazdy (przód – tył) za pomocą jednej dźwigni. Dodatkowo ma funkcję modyfikacji agresywności jazdy, czyli kierunek możemy zmienić, jak wspomniałem, płynnie i wolniej lub zdecydowanie i dynamiczniej. To jest niezwykle ważne przy pracy z ładowaczem czołowym i w ogóle przy intensywnej pracy manewrowej” – podkreśla Kamil Walkiewicz z John Deere.
John Deere 5E jako inwestycja na lata
Producent zwraca uwagę również na wysoką wartość rezydualną ciągników serii 5E na polskim rynku. Ma to wynikać m.in. z prostoty obsługi, niskich kosztów eksploatacji oraz dużego zainteresowania użytkowników tym segmentem maszyn.
„Od lat seria 5E utrzymuje swój status bezpiecznej inwestycji. Sprzęt łatwo odsprzedać nawet po cenie zbliżonej do oryginalnej” – mówi Kamil Walkiewicz z John Deere.
Dodatkowym wsparciem dla inwestujących gospodarstw mają być dostępne programy finansowania oraz oferty fabryczne John Deere Financial.
Polscy sadownicy mierzą się z jednym z największych kryzysów w historii branży. Ekstremalne warunki pogodowe sprawiły, że tegoroczne plony w wielu regionach kraju zostały niemal całkowicie zniszczone. Szczególnie trudna sytuacja dotyczy województwa łódzkiego, które od lat jest jednym z najważniejszych zagłębi sadowniczych w Polsce.
Katastrofa w polskich sadach. Sadownicy alarmują: „To najgorszy rok od 40 lat”
Polscy sadownicy mierzą się z jednym z największych kryzysów w historii branży. Ekstremalne warunki pogodowe sprawiły, że tegoroczne plony w wielu regionach kraju zostały niemal całkowicie zniszczone. Szczególnie trudna sytuacja dotyczy województwa łódzkiego, które od lat jest jednym z najważniejszych zagłębi sadowniczych w Polsce.
Najgorszy sezon od czterech dekad
Cezary Rokicki, sadownik z Białej Rawskiej, reprezentujący czwarte pokolenie rodziny z ponad 100-letnią tradycją sadowniczą, nie ukrywa dramatycznej sytuacji. Na powierzchni 14,5 hektara prowadzi nowoczesne sady jabłoniowe, które w normalnych warunkach dawały od 1000 do 1200 ton owoców rocznie. W tym sezonie prognozy są jednak katastrofalne. Szacowane zbiory mogą wynieść zaledwie od 50 do 100 ton.
“To najgorszy rok, jaki pamiętamy” – podkreślają sadownicy.
Sezon 2026 może przejść do historii jako najgorszy od kilkudziesięciu lat. Straty sięgające nawet 95–100% oznaczają dla wielu gospodarstw widmo bankructwa.
Trzy pogodowe katastrofy uderzyły w polskie sady
Problemy rozpoczęły się już zimą. Sadownicy wskazują na trzy główne czynniki, które doprowadziły do ogromnych strat:
Silne mrozy zimowe
Temperatury w niektórych regionach spadały nawet do -30 stopni Celsjusza. Tak niskie wartości osłabiły drzewa i uszkodziły tkanki roślin jeszcze przed rozpoczęciem okresu wegetacyjnego.
Dwumiesięczna susza
Ostatnie znaczące opady pojawiły się 20 lutego. Brak deszczu przez kolejne tygodnie spowodował, że nawozy rozsypane w marcu nie mogły się rozpuścić i zostać pobrane przez system korzeniowy. Susza dodatkowo osłabiła drzewa przed okresem kwitnienia.
Wiosenne przymrozki
Największe straty przyniósł jednak tydzień silnych przymrozków. Temperatury w sadach spadały od -4,5 do -7 stopni Celsjusza, a przy gruncie nawet do -8 stopni. W niektórych regionach Polski odnotowano lokalnie nawet -16 stopni Celsjusza. Co najważniejsze, nie były to krótkotrwałe przymrozki, lecz wielogodzinny mróz utrzymujący się od godziny 21:00 aż do 7:00 rano.
Sady kwitną, ale owoców nie będzie
Choć wiele sadów nadal wygląda efektownie i obficie kwitnie, rzeczywistość jest zupełnie inna. Analizy przeprowadzane przez sadowników pokazują zbrązowiałe, przemrożone tkanki wewnątrz kwiatów i zawiązków. Oznacza to, że większość owoców nie rozwinie się prawidłowo – w praktyce oznacza to niemal całkowitą utratę tegorocznych plonów.
Ogromne koszty i brak ubezpieczeń
Najbardziej dramatyczna jest sytuacja finansowa gospodarstw sadowniczych. Wielu producentów poniosło już ogromne nakłady na prowadzenie sadów. W przypadku gospodarstwa Cezarego Rokickiego koszty przekroczyły już 200 tys. złotych. Obejmują one między innymi: cięcie drzew, nawożenie, paliwo, ochronę chemiczną, zabiegi pielęgnacyjne. Problem polega na tym, że przy braku plonów wydatki te nigdy się nie zwrócą.
Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że od kilku lat firmy ubezpieczeniowe coraz częściej odmawiają obejmowania sadów ochroną od przymrozków i gradobicia. Powodem jest rosnące ryzyko pogodowe. Dla wielu gospodarstw oznacza to konieczność zaciągania kredytów lub ryzyko upadłości.
Sadownicy muszą dalej chronić drzewa
Mimo praktycznie zerowych plonów sadownicy nie mogą zrezygnować z dalszej ochrony sadów. Drzewa nadal wymagają regularnych zabiegów przeciwko chorobom i szkodnikom.
“Do tej pory wykonano już około 10 zabiegów ochronnych, a do końca sezonu konieczne będzie jeszcze od 15 do 20 kolejnych”
Największym zagrożeniem pozostają: parch jabłoni, mączniak, mszyce, szkodniki uszkadzające młode pędy. Brak ochrony oznaczałby osłabienie drzew i jeszcze większe problemy w kolejnym sezonie.
Kryzys dotknął nie tylko jabłka
Problemy nie dotyczą wyłącznie sadów jabłoniowych. Skutki przymrozków i suszy odczuli producenci wielu innych upraw. Duże straty odnotowano również w przypadku: gruszek, śliwek, wiśni, porzeczek, rzepaku. Według relacji sadowników niektórzy rolnicy stracili nawet setki hektarów upraw rzepaku.
Gwałtowne zmiany temperatur dodatkowo osłabiły rośliny
Po okresie silnych przymrozków pojawiły się nagłe wzrosty temperatur. W ciągu kilku dni warunki zmieniły się z około 5 stopni Celsjusza do nawet 27,5 stopnia. Tak gwałtowne amplitudy temperatur w połączeniu z suchym wiatrem wywołały kolejny stres dla roślin.
Eksperci podkreślają, że zmiany klimatyczne coraz mocniej wpływają na polskie sadownictwo, a ekstremalne zjawiska pogodowe stają się nową rzeczywistością dla producentów owoców.
Czy ceny owoców wzrosną?
Wszystko wskazuje na to, że w nadchodzących miesiącach na rynku będzie bardzo mało polskich owoców. Owoce przechowywane obecnie w chłodniach wystarczą jedynie na kilka miesięcy. Później konieczny będzie większy import. To oznacza wyższe ceny dla konsumentów. Importowane owoce będą droższe ze względu na: wysokie koszty transportu, ograniczoną podaż, problemy produkcyjne w różnych częściach Europy. Jednocześnie sami sadownicy podkreślają, że nawet wysokie ceny detaliczne nie zrekompensują strat wynikających z braku plonów.
Nowoczesne sadownictwo i ekologiczne rozwiązania
Mimo trudnej sytuacji wielu producentów inwestuje w nowoczesne i bardziej ekologiczne metody produkcji. Cezary Rokicki wykorzystuje w swoich sadach zarówno pszczoły miodne, jak i pszczoły murarki. W gospodarstwie funkcjonuje około 30 uli. To szczególnie ważne podczas chłodnych wiosen, ponieważ pszczoły miodne potrzebują temperatury minimum 10 stopni Celsjusza, aby rozpocząć loty. Dodatkowo od 2017 roku w gospodarstwie stopniowo ograniczane są klasyczne środki owadobójcze na rzecz preparatów biologicznych. Dzięki temu możliwa jest bezpieczna praca owadów zapylających oraz produkcja owoców bez pozostałości pestycydów.
Jak zmieniło się sadownictwo przez 100 lat?
Współczesne sadownictwo wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. W latach 20. XX wieku na powierzchni 10×10 metrów sadzono około 100 drzew. Obecnie nowoczesne sady wysokiej gęstości pozwalają na uprawę nawet 4000 drzew przy rozstawie 3×0,7 metra. Dzisiejsze drzewa zaczynają owocowanie już po około dwóch latach, jednak ich żywotność jest znacznie krótsza i wynosi zwykle 15–20 lat. Dawniej sady mogły funkcjonować nawet przez 70 lat. Przyszłość polskiego sadownictwa pod znakiem zapytania Sadownicy alarmują, że bez systemowego wsparcia wiele rodzinnych gospodarstw może nie przetrwać kolejnych sezonów. Coraz większe ryzyko pogodowe, brak skutecznych ubezpieczeń oraz rosnące koszty produkcji sprawiają, że przyszłość branży staje się niepewna.
Jedno jest jednak pewne – sezon 2026 zapisze się jako jeden z najtrudniejszych momentów dla polskiego sadownictwa.
Dobór prawidłowej odmiany jest jedną z ważniejszych zasad integrowanej ochrony roślin. Fot. M. Piśny
Zabieg T2 jest ważną ochroną liścia flagowego pszenicy. Gatunek mogą porażać w tym stadium cztery główne choroby. W dobie dzisiejszych zawirowań należy skrupulatnie chronić nasz plon, aby niebotycznie drogi nawóz nie poszedł na marne.
DTR-ka, czyli brunatna plamistość liści
Brunatna plamistość liści poraża pszenicę, ale również pszenżyto i żyto. Nasilenie choroby rośnie rokrocznie wraz z jej znaczeniem gospodarczym, ponieważ niezwalczana przyczynia się nawet do 60% obniżki plonu. Nazwa patogenu pochodzi od nomenklatury mikrobiologicznej odnoszącej się do stadium grzyba Drechslera triciti repentis (DTR).
Brunatna plamistość liści na pszenżycie. Fot. J. Strzelińska
Zarodniki przenoszą się na resztkach pożniwnych oraz wiatropylnie w okresie wegetacji. Porażenie brunatną plamistością liści jest szczególnie widoczne w monokulturach zbożowych oraz plantacjach niechronionych. Warunkami sprzyjającymi infekcji jest wysoka wilgotność powietrza (80%) oraz średnia temperatura w zakresie 10–20°C.
Objawy DTR-ki występują w fazach początkowych na liściach, przy silnym porażeniu przenosząc się na pozostałe organy nadziemne. Pierwszym przejawem są małe, owalne plamy o żółto-brunatnym zabarwieniu. Po 48 godzinach ognisko choroby ciemnieje, by w przeciągu kolejnych godzin osiągnąć wyraźną czarną plamę. Charakterystycznym objawem jest obecność oczka w środku infekcji. W stadium silnego nasilenia tkanki zamierają, łącząc się w większe grupy, a liście całkowicie brunatnieją i zasychają.
Patogen należy zwalczać już w momencie uprawek pożniwnych przyspieszających mineralizację resztek. Warto pamiętać o rotacji roślin na polu oraz dobierać odmiany o podwyższonej odporności. W zwalczaniu choroby należy kierować się progami szkodliwości dla danych gatunków. W pszenicy, pszenżycie i życie próg w fazie krzewienia wynosi 10–15% porażonych roślin z pierwszymi objawami porażenia, w fazie strzelania w źdźbło – 5% liści z pierwszymi objawami porażenia, a w fazie kłoszenia – 5% liści z pierwszymi objawami porażenia.
Rdza brunatna jest powszechną chorobą występującą niemal we wszystkich regionach Polski. Jej nasilenie jest ściśle związane z panującymi warunkami atmosferycznymi, stąd też cykliczność występowania oraz zmienne nasilenie. Patogen ma największe znaczenie gospodarcze w pszenicy, jednak występuje również w życie i pszenżycie.
Rdza brunatna występuje niemalże w przeciągu całej wegetacji. W znaczącym stopniu poraża liść flagowy, który jest odpowiedzialny za niemal 50% plonu. Optymalnymi warunkami do rozwoju rdzy jest temperatura w ciągu dnia 12–22°C oraz nocą od 0–12°C. W odróżnieniu od innych chorób nie potrzebuje opadów atmosferycznych, wystarczy tylko silna rosa i wilgotność na poziomie 90–100%. Idealnymi warunkami do inkubacji jest jednak temperatura w granicach 15– 18°C.
Rdza brunatna w początkowym stadium objawia się chlorozą liści, w ich miejscu następnie pojawią się uredinia, tj. wypukłe, brązowo-brunatne i pylące skupienia zarodników. Pod koniec wegetacji na dolnej stronie blaszki liściowej tworzą się czarne i okrągłe teliospory. Silne porażenie ogranicza asymilację składników pokarmowych i wody do kłosa, ziarno wówczas jest słabo wykształcone oraz kiepskiej jakości.
Rdza brunatna na pszenicy. Fot. Z. Sawinska
Rdzę brunatną zwalczamy poprzekroczeniu progów szkodliwości. W pszenicy, pszenżycie i życie próg ten wynosi: w fazie krzewienia, gdy na 10–15% roślin obserwuje się pierwsze objawy rdzy; w fazie strzelania w źdźbło, jeżeli co najmniej 10% źdźbeł ma pierwsze objawy porażenia; w fazie kłoszenia, gdy pierwsze objawy porażenia widoczne są na liściu podflagowym lub flagowym.
Septorioza paskowana liści w pszenicy i pszenżycie
Septorioza paskowana liści występuje najczęściej w pszenicy, ale i również w pszenżycie i życie. Źródłem infekcji są resztki pożniwne oraz samosiewy zbóż, grzyb zimuje w postaci piknidiów i grzybni. Pierwsze infekcje widoczne są już jesienią. Do wywołania infekcji patogen potrzebuje długiego okresu o wysokiej wilgotności powietrza.
Grzyb rozwija się w szerokim zakresie temperatur – w nocy 0–10°C, a w dzień 10–16°C. Jesienią i wczesną wiosną objawy występują na dolnych liściach, obserwuje się wówczas owalne szaro-zielone plamy, które szybko żółkną. Na powierzchni plam pojawiają się widoczne owocniki grzyba. Stopniowo choroba opanowuje wyższe partie liści. Plamy na liściach starszych w późniejszych fazach wzrostu są wydłużone, ograniczone nerwami. Przy silnym porażeniu blaszki liściowej nekroza może obejmować znaczną jej część.
Septorioza paskowana liści pszenicy. Fot. Z. Sawinska
Septoriozę paskowaną liści skutecznie ogranicza odpowiedni płodozmian, prawidłowe uprawki oraz niszczenie samosiewów. Zwalczanie choroby przy użyciu fungicydów należy wykonać po uwzględnieniu progów szkodliwości.
Progi szkodliwości wynoszą: w fazie krzewienia – 30–50% liści z pierwszymi objawami porażenia lub 1% liści z owocnikami; w fazie strzelania w źdźbło – 10–20% porażonej powierzchni liścia podflagowego lub 1% liści z owocnikami; w fazie kłoszenia – 5–10% porażonej powierzchni liścia flagowego lub 1% liści z owocnikami.
Rdza żółta może zniszczyć nawet cały plon
Choroba występuje na pszenicy jarej i ozimej, życie oraz pszenżycie. Rdza żółta rozwija się intensywnie na stanowiskach wilgotnych i chłodnych przy wysokiej wilgotności powietrza oraz temperaturze 8–15°C.
Rdza żółta w pszenicy. Fot. Z. Sawinska
Przy silnym nasileniu rdza żółta zmniejsza znacząco plon, a także pogarsza parametry jakościowe ziarna. W warunkach sprzyjających patogen poraża całą roślinę, co może powodować straty w plonie sięgające nawet 50–70%. W latach krytycznych wystąpienia choroby straty sięgają nawet 100%.
Rdza żółta poraża wszystkie nadziemne części rośliny, tj. liście, źdźbła i kłosy. Na liściach obserwuje się wydłużone chlorotyczne pasy ograniczone nerwami. W odmianach dość odpornych na patogen obserwujemy jedynie chlorotyczne i nekrotyczne smugi, które mylone mogą być z objawami septoriozy paskowanej liści. Chorobę na kłosie możemy zidentyfikować poprzez odchylenie plewek. Po ich wewnętrznych stronach widoczne są żółte pyłki.
Stosując się do integrowanej ochrony roślin, należy przestrzegać progów szkodliwości. Dla rdzy żółtej wynoszą one: w fazie krzewienia pszenicy 30% roślin z pierwszymi objawami; w fazie strzelania w źdźbło 10% porażonej powierzchni liścia podflagowego; w fazie kłoszenia – pierwsze objawy porażenia na liściu podflagowym lub flagowym.
Drugi zabieg fungicydowy wykonujemy najczęściej w fazie rozwiniętego liścia flagowego do widocznych pierwszych ości (BBCH 39–49). Nie inaczej ma to się w stosunku do stosowania tzw. T-jedynki, która powinna być wykonana ok. 3–4 tygodni wcześniej, tyle bowiem działają podstawowe substancje czynne w optymalnych warunkach pogodowych.
Podstawowym czynnikiem przeprowadzenia zabiegu powinna być jednak przede wszystkim lustracja polowa i obserwacja porażenia roślin. Metoda pozwala na precyzyjną aplikację fungicydów według zaleceń integrowanej ochrony roślin. Do prawidłowej oceny stanu plantacji przydatne są wskazówki dotyczące orientacyjnych progów ekonomicznej szkodliwości patogenów.
Podatność odmian pszenicy ozimej na choroby grzybowe zwalczane w terminie T2.
Odmiana
Rdza brunatna
Rdza żółta
DTR
Septorioza
Symetria
7,9
9
7,6
7,4
Comandor
7,9
8,9
7,6
6,8
LG Jutta
7,9
8,5
7,9
7,4
Ostroga
7,8
7,7
7,9
7
RGT Kilimanjaro
7,7
8,5
7,6
7,1
Hondia
7,6
8,5
7,4
6,7
Rotax
7,6
8,3
7,7
7,2
Lawina
7,5
9
7,7
6,9
Delawar
7,4
8,7
7,7
7,2
Apostel
7,2
8,8
7,4
6,7
RGT Metronom
7
8,4
7,7
7,2
Bataja
6,9
9
7,7
6,2
Euforia
6,9
8,6
7,6
7,1
Belissa
6,9
7,2
7,7
6,9
Kariatyda
6,8
9
7,4
6,9
Linus
6,8
8,5
7,7
6,7
Artist
6,8
8,1
7,5
6,7
Bosporus
6,6
9
7,9
7,5
*Według porównania odmian COBORU w skali 9-stopniowej.
Plaga myszy w Australii przybiera biblijne rozmiary, stając się symbolem walki współczesnego rolnictwa z naturą i skutkami radykalnych zmian w agrotechnice. Choć gryzonie na polach to problem znany od pokoleń, obecna skala inwazji w zachodnich i południowych regionach kontynentu zmusza plantatorów do bolesnej rewizji systemu siewu bezpośredniego (No-Till).
Eksperci z organizacji CSIRO wskazują na bezpośredni związek między rosnącą populacją gryzoni a popularnością systemu No-Till. Warto podkreślić, że No-Till to najbardziej radykalna forma uprawy bezorkowej – o ile w standardowych uproszczeniach rolnik wciąż miesza wierzchnią warstwę gleby np. talerzówką, o tyle w siewie bezpośrednim ingerencja mechaniczna jest zerowa. Dla myszy to idealny scenariusz. Brak jakiejkolwiek obróbki roli sprawia, że ich nory pozostają całkowicie nienaruszone przez maszyny, a gruba warstwa mulczu na powierzchni zapewnia im doskonałe schronienie i stały dostęp do pokarmu. Inteligencja tych szkodników poszła o krok dalej: nauczyły się one podążać wzdłuż rzędów siewnych, precyzyjnie wyjadając świeżo wysiane ziarno prosto z naciętej przez siewnik szczeliny.
Ekonomiczny wymiar tej inwazji jest porażający. Podczas gdy o zagrożeniu mówi się już przy 800 osobnikach na hektar, obecne raporty z australijskich pól donoszą nawet o 4000 aktywnych nor na hektarze. Taka plaga myszy to katastrofa finansowa o zasięgu ogólnokrajowym, mogąca powtórzyć straty z 2021 roku, które wyceniono na miliard dolarów. Sytuację rolników dramatycznie pogarsza fakt, że od ponad 2 miesięcy trwa blokada cieśniny Ormuz. Konflikt z Iranem destabilizuje rynek energii i logistykę – rosnące ceny diesla oraz blokada strategicznych szlaków handlowych utrudniają import kluczowych nawozów. Po zamknięciu ostatniej krajowej fabryki mocznika w 2022 roku, ceny tego surowca wzrosły z 675 do ponad 1000 dolarów za tonę, co w połączeniu ze zniszczeniami polowymi stawia wiele gospodarstw na granicy bankructwa.
Obecna plaga myszy obnaża również słabość dostępnych metod ochrony roślin. Rolnicy apelują o dopuszczenie silniejszych dawek fosforku cynku (ZP50), twierdząc, że standardowe preparaty są nieskuteczne przy tak ogromnej obfitości alternatywnego pożywienia pozostawionego w systemie No-Till. Aby monitorować postępy inwazji, powszechnie stosuje się aplikację „MouseAlert”, jednak cyfrowe mapy jedynie potwierdzają tempo, w jakim szkodniki opanowują kolejne spichlerze kraju.
Dla globalnego rynku zbóż sytuacja ta może dawać impuls cenowy. Mimo że w ostatnim czasie notowano rekordowe stany magazynowe pszenicy na świecie, to straty w Australii mogą wpłynąć na podaż w nadchodzącym sezonie. Plaga myszy w połączeniu z napięciami geopolitycznymi na linii Iran–Zachód sprawia, że stabilność cen ziarna stoi pod znakiem zapytania. Dla rolników w Europie to sygnał ostrzegawczy: siew bezpośredni, choć zbawienny dla retencji wody, wymaga zupełnie nowej strategii zwalczania gryzoni, by oszczędności na paliwie i ochronie gleby nie zostały dosłownie „zjedzone” przez niekontrolowany przyrost szkodników.
Źródło: Opracowano na podstawie: Biblische Mäuse-Plage macht Australiens Farmern zu schaffen: Schuld ist auch Direktsaat, Peter Laufmann, agrarheute, 09.05.2026.
Pogoda- temperatura spadnie do -2 stopni Celsjusza
Niestety nie popadało w całej Polsce. Patrząc na mapy to w większości kraju nadal jest sucho. To zły znak.
Najbliższa noc dużo chmur przyniesie na wschodzie kraju- pod chmurami od 5 do 7 stopni na plusie. Nad resztą kraju pogodnie. Na mokrym południu kraju na termometrach od 3 do 5 stopni. Na mokrym zachodzie i wybrzeżu od +1 do +3 stopni i tu możliwe przymrozki przy gruncie.
Najzimniej od południowych Kaszub i Żuław po Warmię, Kujawy, wschód Wielkopolski, Łódzkie- głównie północ i wschód regionu, Mazowsze- tu nad ranem zobaczymy od -2 do 0 stopni na 2 metrach i od -4 do -2 stopni przy gruncie.
Dzień ciepły ze słabym wiatrem
W ciągu dnia czeka nas słoneczna pogoda- bezchmurne niebo ma dominować od Zatoki Gdańskiej po centrum i Małopolskę. Pochmurnie ma być wzdłuż wschodniej granicy Podlasia i Lubelskiego.
Wiatr słaby- w centrum zmienny; na zachodzie powieje z południa; na południu powieje ze wschodu a na wschodzie powieje z północy.
W poniedziałek przez Polskę przewędruje front z opadami.
Największe szanse na deszcz będą mieć Ci u których już ostatnio popadało. Większa wilgotność to łatwiejsze powstawanie chmur. Między Poznaniem a Koszalinem, Łebą może pojawić się kilka groźniejszych burz z ulewami i gradem.
Inwestycja w fotowoltaikę w gospodarstwie rolnym właśnie stała się wyzwaniem podwyższonego ryzyka. Od kwietnia 2026 roku wybór najtańszego komponentu może oznaczać całkowitą utratę unijnego dofinansowania. Komisja Europejska wprowadziła radykalne zmiany w zasadach wspierania zielonej energii, uderzając bezpośrednio w technologię z krajów „wysokiego ryzyka”.
Blokada środków dla gigantów z Azji
Zgodnie z nowymi wytycznymi, które weszły w życie w kwietniu 2026 roku, projekty energetyczne korzystające z funduszy unijnych nie mogą być wyposażone w falowniki (inwertery) pochodzące z Chin, Rosji, Iranu czy Korei Północnej. Bruksela nie zakazuje ich sprzedaży całkowicie, ale oficjalnie uznaje je za zagrożenie dla cyberbezpieczeństwa europejskiej sieci energetycznej.
Dla polskiego rolnika oznacza to koniec ery, w której jedynym kryterium wyboru instalacji była najniższa cena. Produkty marek takich jak Huawei czy Sungrow, które obecnie dominują w około 80% europejskich projektów, stają się „niepożądane” we wszelkich inwestycjach dotowanych z budżetu UE.
Kogo dotyczy nowy rygor?
Nowe zasady są precyzyjne i uderzają przede wszystkim w profesjonalny sektor agro:
Instalacje powyżej 100 kWp: To one są głównym celem restrykcji – mowa o dużych systemach na dachy budynków inwentarskich, chłodni oraz o projektach Agri-PV.
Fundusze unijne: Blokada dotyczy projektów finansowanych np. z KPO czy funduszy modernizacyjnych. Jeśli korzystasz wyłącznie z własnych środków lub standardowego systemu rozliczeń (jak net-billing), zakaz Cię nie obejmuje.
Projekty w toku: Inwestycje już rozpoczęte mogą skorzystać z okresów przejściowych, o ile zgłoszenie do sieci nastąpiło przed majem 2026 roku.
Dlaczego Bruksela mówi „stop”?
Powód jest strategiczny. Falowniki to „mózgi” instalacji, które są podłączone do internetu. UE obawia się, że w przypadku konfliktu lub napięć politycznych, oprogramowanie sterujące tymi urządzeniami mogłoby zostać wykorzystane do zdalnego wyłączenia tysięcy instalacji, co zdestabilizowałoby cały system elektroenergetyczny Europy.
Co to oznacza dla rolnika?
Choć europejskie lub amerykańskie falowniki (np. marek SMA czy Fronius) są zazwyczaj droższe, ich wybór staje się teraz gwarantem otrzymania dotacji. Eksperci, jak Lucas Flügel z BDSH, wskazują, że rynek musi się szybko zaadoptować do nowej rzeczywistości.
Dla rolnika płynie stąd jedna kluczowa lekcja: przed podpisaniem umowy z firmą instalatorską należy bezwzględnie zażądać certyfikatu pochodzenia sprzętu. W 2026 roku oszczędność kilku tysięcy złotych na tańszym inwerterze może skutkować utratą kilkuset tysięcy złotych z unijnej dotacji.
Zboże z Ukrainy przestaje być kojarzone wyłącznie z masowym transportem surowca do portów europejskich, stając się fundamentem zaawansowanej ekspansji logistycznej na rynkach wschodzących. W obliczu globalnych zawirowań, rekordowej podaży ziarna na świecie oraz silnej konkurencji, Kijów wdraża model, który powinien stać się przedmiotem wnikliwej analizy dla innych dużych eksporterów, w tym również dla Polski. Otwarcie pierwszego ukraińskiego agrohubu w Ghanie oraz zaawansowane plany dotyczące Kenii to sygnał, że nowoczesny agrobiznes wymaga wyjścia poza rolę pasywnego dostawcy ziarna.
Zboże z Ukrainy jako komponent produktów o wysokiej marży
Kluczem do sukcesu nowej ukraińskiej strategii jest odejście od sprzedaży samego surowca na rzecz tworzenia gotowych produktów spożywczych bezpośrednio w regionie docelowym. W ghańskim hubie w porcie Tema zboże z Ukrainy – przetwarzane na mąkę i makaron – jest łączone z lokalnymi produktami, takimi jak ryż czy maniok. Dzięki takiemu partnerstwu z lokalnym biznesem, ukraińscy producenci nie tylko optymalizują koszty transportu, ale przede wszystkim budują trwałą rozpoznawalność marki w regionach o największym potencjale demograficznym.
Taka strategia pozwala na skuteczne omijanie pośredników i stabilizację popytu. Zamiast konkurować wyłącznie ceną na giełdach światowych, Ukraina buduje gotowy łańcuch dostaw „od pola do stołu”, co pozwala na zachowanie większej części zysku w rękach producentów i eksporterów. Jest to model „agro-dyplomacji”, który łączy interes ekonomiczny z budowaniem pozycji gwaranta bezpieczeństwa żywnościowego w krajach Globalnego Południa.
Budowa hubów: Przykład do naśladowania dla Polski
Działania ukraińskiego konsorcjum „Ridne”, wspieranego przez tamtejsze Ministerstwo Gospodarki, stanowią jasny przykład do naśladowania dla pozostałych graczy na rynku zbóż. Planowana na drugą połowę 2026 roku ekspansja na Afrykę Wschodnią poprzez hub w Kenii oraz dostawy do Sudanu czy Czadu pokazują, że walka o globalnego klienta wymaga odwagi w inwestowaniu we własną infrastrukturę logistyczną tysiące kilometrów od kraju.
Dla polskiego sektora agro, który dysponuje potężnym zapleczem przetwórczym, ukraińska lekcja jest jednoznaczna: w 2026 roku nie wystarczy produkować żywności wysokiej jakości – trzeba kontrolować sposób jej dostarczania. Polska, podobnie jak Ukraina, stoi przed wyzwaniem zagospodarowania nadwyżek produkcyjnych. Inwestycje w polskie terminale zbożowe oraz tworzenie własnych centrów dystrybucyjnych i przetwórczych w Afryce czy Azji mogłyby pozwolić naszym eksporterom na realne konkurowanie z globalnymi graczami. Konsolidacja podmiotów wokół wspólnych projektów logistycznych to jedyna droga, by polskie produkty rolnicze przestały być jedynie anonimowym surowcem na obcych rynkach, a stały się rozpoznawalną, wysokomarżową marką.
Ursus 1204 to ciągnik, który w swojej podstawowej wersji osiąga około 120 koni mechanicznych.
To właśnie ta wartość była jego głównym wyróżnikiem w latach produkcji, czyli od połowy lat siedemdziesiątych do początku lat osiemdziesiątych. W tamtym czasie taka moc stawiała go w grupie ciężkich ciągników przeznaczonych do wymagających prac polowych.
W praktyce oznaczało to, że Ursus 1204 bez problemu radził sobie z orką, głęboką uprawą czy pracą z dużymi agregatami.
Skąd bierze się ta moc?
Za osiągi odpowiada sześciocylindrowy silnik wysokoprężny o pojemności około 6,8 litra.
Jednostka ta była konstrukcją prostą, ale bardzo wytrzymałą. Charakteryzowała się dużym momentem obrotowym, co było szczególnie ważne podczas pracy w ciężkich warunkach.
W praktyce rolnicy cenili ten silnik nie tylko za moc, ale także za jego odporność na przeciążenia i łatwość napraw. To jeden z powodów, dla których model ten do dziś jest używany w wielu gospodarstwach.
Czy każdy Ursus 1204 ma tyle samo koni?
To pytanie pojawia się bardzo często i odpowiedź nie jest tak oczywista. Standardowa wersja rzeczywiście ma około 120 KM, ale istnieją także inne warianty.
Wersje z turbodoładowaniem osiągały znacznie większą moc, nawet około 145 KM.
Różnice mogą też wynikać ze stanu technicznego. W starszych ciągnikach realna moc bywa niższa niż fabryczna, szczególnie jeśli silnik jest zużyty lub nie był remontowany przez długi czas.
Jak ta moc przekłada się na pracę w polu?
120 KM w przypadku Ursusa 1204 to nie tylko liczba na papierze. To realna siła, która pozwalała obsługiwać ciężkie maszyny rolnicze.
Ciągnik był projektowany z myślą o pracy z dużymi pługami, agregatami czy przyczepami. Dzięki napędowi na cztery koła miał dobrą trakcję, co dodatkowo zwiększało jego możliwości.
W praktyce oznaczało to większą wydajność pracy i możliwość obsługi większego areału w krótszym czasie.
Dlaczego Ursus 1204 był uznawany za mocny ciągnik?
W czasach swojej produkcji niewiele maszyn w Polsce oferowało podobne parametry. 120 koni mechanicznych w latach siedemdziesiątych to była wartość, która robiła ogromne wrażenie.
Dodatkowo ciągnik wyróżniał się solidną konstrukcją i dużą masą, co przekładało się na stabilność podczas pracy. To właśnie połączenie mocy i wytrzymałości sprawiło, że model ten zdobył dużą popularność.
Dla wielu rolników był to pierwszy ciągnik, który pozwalał wejść na wyższy poziom wydajności.
Różnice między wersjami, a rzeczywista moc
Warto pamiętać, że dane katalogowe nie zawsze odzwierciedlają rzeczywiste osiągi. W praktyce moc może się różnić w zależności od stanu technicznego, jakości paliwa czy sposobu eksploatacji.
Niektóre egzemplarze po latach pracy mogą mieć zauważalnie niższą moc. Z drugiej strony dobrze utrzymane maszyny nadal potrafią osiągać parametry zbliżone do fabrycznych.
Istnieją także wersje modernizowane lub po modyfikacjach, które mogą mieć wyższą moc niż standardowa.
Czy 120 KM to dużo jak na dzisiejsze warunki?
Współczesne ciągniki często oferują znacznie większą moc, ale 120 KM nadal pozostaje wartością w pełni wystarczającą dla wielu gospodarstw.
Ursus 1204 nadal dobrze sprawdza się w średnich gospodarstwach, szczególnie tam, gdzie liczy się prostota i niezawodność.
To właśnie ta równowaga między mocą a konstrukcją sprawia, że mimo upływu lat ciągnik ten wciąż znajduje zastosowanie i nie traci swojej praktycznej wartości w codziennej pracy rolniczej.
Nadmiar roślin obniżających zasoby próchnicy prowadzi do systematycznego pogarszania właściwości gleby. Są to często wysokodochodowe uprawy, dlatego w praktyce często przekraczają bezpieczne 25% w strukturze zasiewów, a czasem dochodzi wręcz do ich monokultury, np. 100% warzyw czy 100% ziemniaków. Fot. B. Ryńska
Ziemniak od lat uchodzi za roślinę, która potrafi poradzić sobie w trudniejszych warunkach glebowych. W porównaniu do wielu innych upraw ma stosunkowo niewielkie wymagania i potrafi wydać plon nawet tam, gdzie inne rośliny zawodzą.
Nie oznacza to jednak, że każda słaba gleba będzie odpowiednia. Kluczowe znaczenie ma jej struktura, przepuszczalność oraz zawartość składników pokarmowych. Ziemniaki mogą rosnąć na glebach lekkich, ale wymagają odpowiedniego podejścia.
Laurowiśnia wschodnia to jeden z najchętniej wybieranych krzewów na żywopłoty. Jest zimozielona, szybko rośnie i dobrze znosi formowanie. Jednak bez regularnego cięcia traci swój kształt, przerzedza się i może wyglądać nieestetycznie.
Przycinanie nie służy tylko poprawie wyglądu. To także sposób na pobudzenie rośliny do zagęszczania i utrzymanie jej w dobrej kondycji. Odpowiednio prowadzona laurowiśnia tworzy gęstą ścianę zieleni, która skutecznie osłania ogród.
Najlepszy termin cięcia
Czas przycinania ma kluczowe znaczenie dla zdrowia rośliny. Najlepszym momentem na pierwsze cięcie jest wczesna wiosna, zanim roślina zacznie intensywnie rosnąć. W polskich warunkach przypada to zazwyczaj na marzec lub początek kwietnia.
Drugie cięcie wykonuje się latem, najczęściej w czerwcu lub lipcu. W tym okresie laurowiśnia kończy pierwszy intensywny wzrost i dobrze reaguje na formowanie.
Jesienne przycinanie nie jest zalecane. Roślina może nie zdążyć się zregenerować przed zimą, co zwiększa ryzyko uszkodzeń mrozowych.
Jak przycinać laurowiśnię krok po kroku?
Najważniejszą zasadą jest umiarkowanie. Lepiej przycinać częściej i mniej niż jednorazowo bardzo mocno. Zbyt intensywne cięcie może osłabić roślinę.
Na początku usuwa się pędy uszkodzone, chore lub przemarznięte. Następnie skraca się zdrowe przyrosty, aby nadać krzewowi odpowiedni kształt. W przypadku żywopłotu ważne jest, aby górna część była węższa niż dolna. Dzięki temu światło dociera do wszystkich partii rośliny.
Do cięcia najlepiej używać ostrych sekatorów lub nożyc. Tępe narzędzia mogą uszkodzić liście i pędy, co zwiększa ryzyko chorób.
Dlaczego nie warto używać nożyc elektrycznych?
Choć elektryczne nożyce wydają się wygodne, mogą powodować poszarpanie dużych liści laurowiśni. Efektem są brązowiejące krawędzie, które psują wygląd rośliny.
Cięcie ręczne jest bardziej precyzyjne i pozwala uniknąć uszkodzeń. W przypadku mniejszych krzewów zdecydowanie warto postawić na tradycyjne narzędzia.
Przy dużych żywopłotach można korzystać z nożyc mechanicznych, ale najlepiej wykonywać później delikatne poprawki ręczne.
Jak pobudzić laurowiśnię do zagęszczania?
Regularne skracanie młodych przyrostów to najprostszy sposób na uzyskanie gęstego żywopłotu. Każde cięcie powoduje rozgałęzianie się pędów, co zwiększa objętość krzewu.
Ważne jest także odpowiednie nawożenie. Roślina potrzebuje składników odżywczych, aby szybko się regenerować po cięciu. Najlepiej stosować nawozy do roślin zimozielonych wiosną i na początku lata.
Nie bez znaczenia jest również podlewanie. Laurowiśnia źle znosi suszę, zwłaszcza po przycinaniu. Odpowiednia ilość wody wspiera jej regenerację i rozwój nowych pędów.
Najczęstsze błędy przy przycinaniu
Jednym z najczęstszych błędów jest zbyt rzadkie cięcie. Roślina szybko traci wtedy formę i staje się przerzedzona. Innym problemem jest przycinanie w nieodpowiednim terminie, szczególnie jesienią.
Wielu ogrodników popełnia także błąd polegający na zbyt mocnym skracaniu wszystkich pędów jednocześnie. To może zahamować wzrost i osłabić roślinę.
Nieprawidłowe jest również pozostawianie szerokiej góry i wąskiego dołu żywopłotu. Taki kształt ogranicza dostęp światła i prowadzi do zamierania dolnych partii.
Cięcie odmładzające dla starszych krzewów
Starsze egzemplarze laurowiśni można odmłodzić poprzez silniejsze cięcie. Najlepiej zrobić to wczesną wiosną, zanim rozpocznie się intensywny wzrost.
Polega ono na znacznym skróceniu pędów, nawet o połowę ich długości. Choć początkowo roślina może wyglądać nieestetycznie, szybko wypuszcza nowe pędy i odzyskuje formę.
To zabieg, który warto wykonywać co kilka lat, szczególnie jeśli krzew stracił gęstość lub zaczął się przerzedzać.
Jak dbać o laurowiśnię po cięciu?
Po przycinaniu roślina potrzebuje czasu i odpowiednich warunków do regeneracji. Warto zadbać o wilgotność gleby i unikać przesuszenia.
Dobrym rozwiązaniem jest ściółkowanie, które pomaga utrzymać wilgoć i ogranicza rozwój chwastów. Dodatkowo chroni korzenie przed wahaniami temperatury.
Regularna obserwacja pozwala szybko zauważyć ewentualne problemy, takie jak choroby czy szkodniki. Dzięki temu można zareagować zanim staną się poważnym zagrożeniem.
Laurowiśnia odwdzięcza się za właściwą pielęgnację szybkim wzrostem i intensywną zielenią, tworząc naturalną barierę, która przez cały rok zachowuje swój dekoracyjny charakter i skutecznie osłania przestrzeń ogrodu.
Eksport zbóż z Polski po ubiegłorocznej zapaści wyraźnie odbił, jednak najnowsze dane DG Agri (KE) nie pozostawiają złudzeń: do historycznych maksimów sprzed dwóch lat wciąż brakuje nam setek tysięcy ton. Walka o rynki trzecie trwa, jednak odbywa się w warunkach, które dla wielu gospodarstw i firm transportowych są po prostu nie do udźwignięcia.
Ranking UE: Polska w ścisłej czołówce
Z wynikiem 2,73 mln ton wyeksportowanej pszenicy miękkiej (stan na maj 2026) zajmujemy solidne, czwarte miejsce w Unii Europejskiej. Odpowiadamy za blisko 14% unijnego wywozu tego ziarna. Wyprzedzają nas jedynie giganci: Rumunia (32,5%), Francja (25,3%) i Litwa, która choć wywozi mniej zboża ogółem, w samej pszenicy utrzymała wyższy udział procentowy w unijnym rynku.
Odbicie, które nie cieszy tak samo
Wzrost o 70% rok do roku (z poziomu 1,6 mln ton w sezonie 24/25) wygląda imponująco na papierze, ale to tylko połowa prawdy. Sezon 2023/24 postawił poprzeczkę na poziomie 3,57 mln ton (w analogicznym okresie 44 tygodni). Dzisiejsze przyspieszenie to w dużej mierze efekt „czyszczenia magazynów” przed nadchodzącymi żniwami, a nie hossy cenowej na rynkach światowych.
Koszty transportu i eksport zbóż w cieniu waluty
Eksport zbóż pozostaje obecnie pod ogromną presją kursu dolara, który jest dla nas bezlitosny. W rekordowym sezonie 23/24 dolar kosztował 4,20–4,30 PLN, co czyniło nasze ziarno atrakcyjnym dla odbiorców z Afryki czy Bliskiego Wschodu. Dziś, przy kursie w okolicach 3,59 PLN, polskie ziarno w portach staje się drogie. Aby zachować konkurencyjność wobec zalewu taniego towaru z Rosji, cena „na burtę” musi być niska, co bezpośrednio uderza w kieszeń rolnika.
Logistyczny paraliż: Transport „tylko z powrotem”
Infrastruktura portowa daje radę, ale dojazd do niej stał się barierą nie do przejścia. Drastyczne wzrosty cen paliw i opłat e-TOLL, przy braku realnej pomocy państwa dla przewoźników (obniżka VAT jest dla nich neutralna, a spadek akcyzy to kropla w morzu), zmieniły zasady gry. Przewoźnicy nie realizują już transportów „w jedną stronę”. Jeśli auto nie ma zapewnionego ładunku powrotnego z portu (np. nawozów czy śruty), wyjazd po zboże jest ekonomicznie nieuzasadniony.
To powoduje, że logistyka stała się sztywna. Koszt transportu w całości „zjada” marżę, a jedynym sposobem na domknięcie transakcji eksportowej jest dalsza obniżka ceny skupu u producenta.
Wnioski na koniec sezonu
Mamy rekordową konkurencję na świecie i ogromną nadpodaż ziarna. Polska udowodniła, że potrafi wypchnąć duże wolumeny nawet przy silnej walucie, ale odbywa się to kosztem rentowności całego łańcucha – od pola do terminalu. Jesteśmy świadkami „wojny na wyniszczenie”, w której o sukcesie decyduje nie tylko jakość ziarna, ale przede wszystkim spięcie kosztów transportu.
Ta strona korzysta z plików cookies. Służą do tego, by strona działała prawidłowo a także do analizowania ruchu na stronie, a także, by wyświetlać Ci lepiej dopasowane treści i reklamy. Stosujemy również cookies podmiotów trzecich. Dowiedz się więcej w Polityce prywatności i cookies.
Ta strona korzysta z plików cookie, aby poprawić wrażenia podczas poruszania się po witrynie. Niektóre z nich są przechowywane w przeglądarce, bo są niezbędne do działania podstawowych funkcji witryny. Używamy również plików cookie podmiotów trzecich, które pomagają nam analizować i rozumieć, w jaki sposób korzystasz z tej witryny. Te pliki cookie oraz pliki stosowane w celach reklamowych będą przechowywane w Twojej przeglądarce tylko za Twoją zgodą. Masz również możliwość rezygnacji z tych plików cookie. Jednak rezygnacja z niektórych z tych plików cookie może wpłynąć na wygodę przeglądania.
Niezbędne pliki cookie są absolutnie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania strony. Te pliki cookie zapewniają działanie podstawowych funkcji i zabezpieczeń witryny. Anonimowo.
Cookie
Duration
Description
cookielawinfo-checkbox-analytics
11 months
To ciasteczko jest używane przez wtyczkę GDPR Cookie Consent. Jest stosowane, by przechowywać zgodę użytkownika na pliki cookies z kategorii „Analityczne”.
cookielawinfo-checkbox-functional
11 months
To ciasteczko jest stosowane przez wtyczkę GDPR Cookie Consent, aby udokumentować zgodę użytkownika na ciasteczka z kategorii "Funkcjonalne".
cookielawinfo-checkbox-necessary
11 months
To ciasteczko jest używane przez wtyczkę GDPR Cookie Consent. Jest stosowane, by przechowywać zgodę użytkownika na pliki cookies z kategorii „Niezbędne”.
cookielawinfo-checkbox-others
11 months
To ciasteczko jest używane przez wtyczkę GDPR Cookie Consent. Jest stosowane, by przechowywać zgodę użytkownika na pliki cookies z kategorii „Inne”.
cookielawinfo-checkbox-performance
11 months
To ciasteczko jest używane przez wtyczkę GDPR Cookie Consent. Jest stosowane, by przechowywać zgodę użytkownika na pliki cookies z kategorii „Wydajnościowe”.
viewed_cookie_policy
11 months
To ciasteczko jest używane przez wtyczkę GDPR Cookie Consent i służy do przechowywania informacji, czy użytkownik wyraził zgodę na korzystanie z plików cookie. Nie przechowuje żadnych danych osobowych.
Funkcjonalne pliki cookie wspierają niektóre funkcje tj. udostępnianie zawartości strony w mediach społecznościowych, zbieranie informacji zwrotnych i inne funkcjonalności podmiotów trzecich.
Analityczne pliki cookie są stosowane, by zrozumieć, w jaki sposób odwiedzjący wchodzą w interakcję ze stroną internetową. Te pliki pomagają zbierać informacje o wskaźnikach dot. liczby odwiedzających, współczynniku odrzuceń, źródle ruchu itp.
Reklamowe pliki cookie są stosowane, by wyświetlać użytkownikom odpowiednie reklamy i kampanie marketingowe. Te pliki śledzą użytkowników na stronach i zbierają informacje w celu dostarczania dostosowanych reklam.