Zboże z Ukrainy przestaje być kojarzone wyłącznie z masowym transportem surowca do portów europejskich, stając się fundamentem zaawansowanej ekspansji logistycznej na rynkach wschodzących. W obliczu globalnych zawirowań, rekordowej podaży ziarna na świecie oraz silnej konkurencji, Kijów wdraża model, który powinien stać się przedmiotem wnikliwej analizy dla innych dużych eksporterów, w tym również dla Polski. Otwarcie pierwszego ukraińskiego agrohubu w Ghanie oraz zaawansowane plany dotyczące Kenii to sygnał, że nowoczesny agrobiznes wymaga wyjścia poza rolę pasywnego dostawcy ziarna.
Zboże z Ukrainy jako komponent produktów o wysokiej marży
Kluczem do sukcesu nowej ukraińskiej strategii jest odejście od sprzedaży samego surowca na rzecz tworzenia gotowych produktów spożywczych bezpośrednio w regionie docelowym. W ghańskim hubie w porcie Tema zboże z Ukrainy – przetwarzane na mąkę i makaron – jest łączone z lokalnymi produktami, takimi jak ryż czy maniok. Dzięki takiemu partnerstwu z lokalnym biznesem, ukraińscy producenci nie tylko optymalizują koszty transportu, ale przede wszystkim budują trwałą rozpoznawalność marki w regionach o największym potencjale demograficznym.
Taka strategia pozwala na skuteczne omijanie pośredników i stabilizację popytu. Zamiast konkurować wyłącznie ceną na giełdach światowych, Ukraina buduje gotowy łańcuch dostaw „od pola do stołu”, co pozwala na zachowanie większej części zysku w rękach producentów i eksporterów. Jest to model „agro-dyplomacji”, który łączy interes ekonomiczny z budowaniem pozycji gwaranta bezpieczeństwa żywnościowego w krajach Globalnego Południa.
Budowa hubów: Przykład do naśladowania dla Polski
Działania ukraińskiego konsorcjum „Ridne”, wspieranego przez tamtejsze Ministerstwo Gospodarki, stanowią jasny przykład do naśladowania dla pozostałych graczy na rynku zbóż. Planowana na drugą połowę 2026 roku ekspansja na Afrykę Wschodnią poprzez hub w Kenii oraz dostawy do Sudanu czy Czadu pokazują, że walka o globalnego klienta wymaga odwagi w inwestowaniu we własną infrastrukturę logistyczną tysiące kilometrów od kraju.
Dla polskiego sektora agro, który dysponuje potężnym zapleczem przetwórczym, ukraińska lekcja jest jednoznaczna: w 2026 roku nie wystarczy produkować żywności wysokiej jakości – trzeba kontrolować sposób jej dostarczania. Polska, podobnie jak Ukraina, stoi przed wyzwaniem zagospodarowania nadwyżek produkcyjnych. Inwestycje w polskie terminale zbożowe oraz tworzenie własnych centrów dystrybucyjnych i przetwórczych w Afryce czy Azji mogłyby pozwolić naszym eksporterom na realne konkurowanie z globalnymi graczami. Konsolidacja podmiotów wokół wspólnych projektów logistycznych to jedyna droga, by polskie produkty rolnicze przestały być jedynie anonimowym surowcem na obcych rynkach, a stały się rozpoznawalną, wysokomarżową marką.
Ursus 1204 to ciągnik, który w swojej podstawowej wersji osiąga około 120 koni mechanicznych.
To właśnie ta wartość była jego głównym wyróżnikiem w latach produkcji, czyli od połowy lat siedemdziesiątych do początku lat osiemdziesiątych. W tamtym czasie taka moc stawiała go w grupie ciężkich ciągników przeznaczonych do wymagających prac polowych.
W praktyce oznaczało to, że Ursus 1204 bez problemu radził sobie z orką, głęboką uprawą czy pracą z dużymi agregatami.
Skąd bierze się ta moc?
Za osiągi odpowiada sześciocylindrowy silnik wysokoprężny o pojemności około 6,8 litra.
Jednostka ta była konstrukcją prostą, ale bardzo wytrzymałą. Charakteryzowała się dużym momentem obrotowym, co było szczególnie ważne podczas pracy w ciężkich warunkach.
W praktyce rolnicy cenili ten silnik nie tylko za moc, ale także za jego odporność na przeciążenia i łatwość napraw. To jeden z powodów, dla których model ten do dziś jest używany w wielu gospodarstwach.
Czy każdy Ursus 1204 ma tyle samo koni?
To pytanie pojawia się bardzo często i odpowiedź nie jest tak oczywista. Standardowa wersja rzeczywiście ma około 120 KM, ale istnieją także inne warianty.
Wersje z turbodoładowaniem osiągały znacznie większą moc, nawet około 145 KM.
Różnice mogą też wynikać ze stanu technicznego. W starszych ciągnikach realna moc bywa niższa niż fabryczna, szczególnie jeśli silnik jest zużyty lub nie był remontowany przez długi czas.
Jak ta moc przekłada się na pracę w polu?
120 KM w przypadku Ursusa 1204 to nie tylko liczba na papierze. To realna siła, która pozwalała obsługiwać ciężkie maszyny rolnicze.
Ciągnik był projektowany z myślą o pracy z dużymi pługami, agregatami czy przyczepami. Dzięki napędowi na cztery koła miał dobrą trakcję, co dodatkowo zwiększało jego możliwości.
W praktyce oznaczało to większą wydajność pracy i możliwość obsługi większego areału w krótszym czasie.
Dlaczego Ursus 1204 był uznawany za mocny ciągnik?
W czasach swojej produkcji niewiele maszyn w Polsce oferowało podobne parametry. 120 koni mechanicznych w latach siedemdziesiątych to była wartość, która robiła ogromne wrażenie.
Dodatkowo ciągnik wyróżniał się solidną konstrukcją i dużą masą, co przekładało się na stabilność podczas pracy. To właśnie połączenie mocy i wytrzymałości sprawiło, że model ten zdobył dużą popularność.
Dla wielu rolników był to pierwszy ciągnik, który pozwalał wejść na wyższy poziom wydajności.
Różnice między wersjami, a rzeczywista moc
Warto pamiętać, że dane katalogowe nie zawsze odzwierciedlają rzeczywiste osiągi. W praktyce moc może się różnić w zależności od stanu technicznego, jakości paliwa czy sposobu eksploatacji.
Niektóre egzemplarze po latach pracy mogą mieć zauważalnie niższą moc. Z drugiej strony dobrze utrzymane maszyny nadal potrafią osiągać parametry zbliżone do fabrycznych.
Istnieją także wersje modernizowane lub po modyfikacjach, które mogą mieć wyższą moc niż standardowa.
Czy 120 KM to dużo jak na dzisiejsze warunki?
Współczesne ciągniki często oferują znacznie większą moc, ale 120 KM nadal pozostaje wartością w pełni wystarczającą dla wielu gospodarstw.
Ursus 1204 nadal dobrze sprawdza się w średnich gospodarstwach, szczególnie tam, gdzie liczy się prostota i niezawodność.
To właśnie ta równowaga między mocą a konstrukcją sprawia, że mimo upływu lat ciągnik ten wciąż znajduje zastosowanie i nie traci swojej praktycznej wartości w codziennej pracy rolniczej.
Nadmiar roślin obniżających zasoby próchnicy prowadzi do systematycznego pogarszania właściwości gleby. Są to często wysokodochodowe uprawy, dlatego w praktyce często przekraczają bezpieczne 25% w strukturze zasiewów, a czasem dochodzi wręcz do ich monokultury, np. 100% warzyw czy 100% ziemniaków. Fot. B. Ryńska
Ziemniak od lat uchodzi za roślinę, która potrafi poradzić sobie w trudniejszych warunkach glebowych. W porównaniu do wielu innych upraw ma stosunkowo niewielkie wymagania i potrafi wydać plon nawet tam, gdzie inne rośliny zawodzą.
Nie oznacza to jednak, że każda słaba gleba będzie odpowiednia. Kluczowe znaczenie ma jej struktura, przepuszczalność oraz zawartość składników pokarmowych. Ziemniaki mogą rosnąć na glebach lekkich, ale wymagają odpowiedniego podejścia.
Laurowiśnia wschodnia to jeden z najchętniej wybieranych krzewów na żywopłoty. Jest zimozielona, szybko rośnie i dobrze znosi formowanie. Jednak bez regularnego cięcia traci swój kształt, przerzedza się i może wyglądać nieestetycznie.
Przycinanie nie służy tylko poprawie wyglądu. To także sposób na pobudzenie rośliny do zagęszczania i utrzymanie jej w dobrej kondycji. Odpowiednio prowadzona laurowiśnia tworzy gęstą ścianę zieleni, która skutecznie osłania ogród.
Najlepszy termin cięcia
Czas przycinania ma kluczowe znaczenie dla zdrowia rośliny. Najlepszym momentem na pierwsze cięcie jest wczesna wiosna, zanim roślina zacznie intensywnie rosnąć. W polskich warunkach przypada to zazwyczaj na marzec lub początek kwietnia.
Drugie cięcie wykonuje się latem, najczęściej w czerwcu lub lipcu. W tym okresie laurowiśnia kończy pierwszy intensywny wzrost i dobrze reaguje na formowanie.
Jesienne przycinanie nie jest zalecane. Roślina może nie zdążyć się zregenerować przed zimą, co zwiększa ryzyko uszkodzeń mrozowych.
Jak przycinać laurowiśnię krok po kroku?
Najważniejszą zasadą jest umiarkowanie. Lepiej przycinać częściej i mniej niż jednorazowo bardzo mocno. Zbyt intensywne cięcie może osłabić roślinę.
Na początku usuwa się pędy uszkodzone, chore lub przemarznięte. Następnie skraca się zdrowe przyrosty, aby nadać krzewowi odpowiedni kształt. W przypadku żywopłotu ważne jest, aby górna część była węższa niż dolna. Dzięki temu światło dociera do wszystkich partii rośliny.
Do cięcia najlepiej używać ostrych sekatorów lub nożyc. Tępe narzędzia mogą uszkodzić liście i pędy, co zwiększa ryzyko chorób.
Dlaczego nie warto używać nożyc elektrycznych?
Choć elektryczne nożyce wydają się wygodne, mogą powodować poszarpanie dużych liści laurowiśni. Efektem są brązowiejące krawędzie, które psują wygląd rośliny.
Cięcie ręczne jest bardziej precyzyjne i pozwala uniknąć uszkodzeń. W przypadku mniejszych krzewów zdecydowanie warto postawić na tradycyjne narzędzia.
Przy dużych żywopłotach można korzystać z nożyc mechanicznych, ale najlepiej wykonywać później delikatne poprawki ręczne.
Jak pobudzić laurowiśnię do zagęszczania?
Regularne skracanie młodych przyrostów to najprostszy sposób na uzyskanie gęstego żywopłotu. Każde cięcie powoduje rozgałęzianie się pędów, co zwiększa objętość krzewu.
Ważne jest także odpowiednie nawożenie. Roślina potrzebuje składników odżywczych, aby szybko się regenerować po cięciu. Najlepiej stosować nawozy do roślin zimozielonych wiosną i na początku lata.
Nie bez znaczenia jest również podlewanie. Laurowiśnia źle znosi suszę, zwłaszcza po przycinaniu. Odpowiednia ilość wody wspiera jej regenerację i rozwój nowych pędów.
Najczęstsze błędy przy przycinaniu
Jednym z najczęstszych błędów jest zbyt rzadkie cięcie. Roślina szybko traci wtedy formę i staje się przerzedzona. Innym problemem jest przycinanie w nieodpowiednim terminie, szczególnie jesienią.
Wielu ogrodników popełnia także błąd polegający na zbyt mocnym skracaniu wszystkich pędów jednocześnie. To może zahamować wzrost i osłabić roślinę.
Nieprawidłowe jest również pozostawianie szerokiej góry i wąskiego dołu żywopłotu. Taki kształt ogranicza dostęp światła i prowadzi do zamierania dolnych partii.
Cięcie odmładzające dla starszych krzewów
Starsze egzemplarze laurowiśni można odmłodzić poprzez silniejsze cięcie. Najlepiej zrobić to wczesną wiosną, zanim rozpocznie się intensywny wzrost.
Polega ono na znacznym skróceniu pędów, nawet o połowę ich długości. Choć początkowo roślina może wyglądać nieestetycznie, szybko wypuszcza nowe pędy i odzyskuje formę.
To zabieg, który warto wykonywać co kilka lat, szczególnie jeśli krzew stracił gęstość lub zaczął się przerzedzać.
Jak dbać o laurowiśnię po cięciu?
Po przycinaniu roślina potrzebuje czasu i odpowiednich warunków do regeneracji. Warto zadbać o wilgotność gleby i unikać przesuszenia.
Dobrym rozwiązaniem jest ściółkowanie, które pomaga utrzymać wilgoć i ogranicza rozwój chwastów. Dodatkowo chroni korzenie przed wahaniami temperatury.
Regularna obserwacja pozwala szybko zauważyć ewentualne problemy, takie jak choroby czy szkodniki. Dzięki temu można zareagować zanim staną się poważnym zagrożeniem.
Laurowiśnia odwdzięcza się za właściwą pielęgnację szybkim wzrostem i intensywną zielenią, tworząc naturalną barierę, która przez cały rok zachowuje swój dekoracyjny charakter i skutecznie osłania przestrzeń ogrodu.
Eksport zbóż z Polski po ubiegłorocznej zapaści wyraźnie odbił, jednak najnowsze dane DG Agri (KE) nie pozostawiają złudzeń: do historycznych maksimów sprzed dwóch lat wciąż brakuje nam setek tysięcy ton. Walka o rynki trzecie trwa, jednak odbywa się w warunkach, które dla wielu gospodarstw i firm transportowych są po prostu nie do udźwignięcia.
Ranking UE: Polska w ścisłej czołówce
Z wynikiem 2,73 mln ton wyeksportowanej pszenicy miękkiej (stan na maj 2026) zajmujemy solidne, czwarte miejsce w Unii Europejskiej. Odpowiadamy za blisko 14% unijnego wywozu tego ziarna. Wyprzedzają nas jedynie giganci: Rumunia (32,5%), Francja (25,3%) i Litwa, która choć wywozi mniej zboża ogółem, w samej pszenicy utrzymała wyższy udział procentowy w unijnym rynku.
Odbicie, które nie cieszy tak samo
Wzrost o 70% rok do roku (z poziomu 1,6 mln ton w sezonie 24/25) wygląda imponująco na papierze, ale to tylko połowa prawdy. Sezon 2023/24 postawił poprzeczkę na poziomie 3,57 mln ton (w analogicznym okresie 44 tygodni). Dzisiejsze przyspieszenie to w dużej mierze efekt „czyszczenia magazynów” przed nadchodzącymi żniwami, a nie hossy cenowej na rynkach światowych.
Koszty transportu i eksport zbóż w cieniu waluty
Eksport zbóż pozostaje obecnie pod ogromną presją kursu dolara, który jest dla nas bezlitosny. W rekordowym sezonie 23/24 dolar kosztował 4,20–4,30 PLN, co czyniło nasze ziarno atrakcyjnym dla odbiorców z Afryki czy Bliskiego Wschodu. Dziś, przy kursie w okolicach 3,59 PLN, polskie ziarno w portach staje się drogie. Aby zachować konkurencyjność wobec zalewu taniego towaru z Rosji, cena „na burtę” musi być niska, co bezpośrednio uderza w kieszeń rolnika.
Logistyczny paraliż: Transport „tylko z powrotem”
Infrastruktura portowa daje radę, ale dojazd do niej stał się barierą nie do przejścia. Drastyczne wzrosty cen paliw i opłat e-TOLL, przy braku realnej pomocy państwa dla przewoźników (obniżka VAT jest dla nich neutralna, a spadek akcyzy to kropla w morzu), zmieniły zasady gry. Przewoźnicy nie realizują już transportów „w jedną stronę”. Jeśli auto nie ma zapewnionego ładunku powrotnego z portu (np. nawozów czy śruty), wyjazd po zboże jest ekonomicznie nieuzasadniony.
To powoduje, że logistyka stała się sztywna. Koszt transportu w całości „zjada” marżę, a jedynym sposobem na domknięcie transakcji eksportowej jest dalsza obniżka ceny skupu u producenta.
Wnioski na koniec sezonu
Mamy rekordową konkurencję na świecie i ogromną nadpodaż ziarna. Polska udowodniła, że potrafi wypchnąć duże wolumeny nawet przy silnej walucie, ale odbywa się to kosztem rentowności całego łańcucha – od pola do terminalu. Jesteśmy świadkami „wojny na wyniszczenie”, w której o sukcesie decyduje nie tylko jakość ziarna, ale przede wszystkim spięcie kosztów transportu.
Nanotechnologia wspiera coraz intensywniej współczesną produkcję polową. Nanosrebro jest innowacyjnym rozwiązaniem, które ma chronić rośliny przed patogenami, ale również wpływać korzystnie na kondycję upraw.
Nauka w służbie rolnictwa
Nanotechnologia odgrywa coraz większą rolę w rolnictwie, wspomagając wiele etapów w produkcji polowej. Nowoczesne rozwiązania pozwalają na skuteczniejsze ograniczanie rozwoju agrofagów, poprawę efektywności wykorzystania wody i składników pokarmowych oraz zwiększenie odporności roślin na zmiany klimatu. W rezultacie możliwe jest uzyskanie wyższych i lepszych jakościowo plonów przy jednoczesnym ograniczeniu negatywnego wpływu na ekosystemy.
Innowacyjne nanosrebro
Jednym z najbardziej obiecujących osiągnięć nanotechnologii w rolnictwie jest opracowanie nanocząsteczek srebra, określanych jako nanosrebro (AgNPs). Ich struktura może przyjmować różne formy i kształty. Nanocząsteczki składają się zazwyczaj z metalicznego rdzenia otoczonego warstwą stabilizującą, która zapobiega ich agregacji, czyli zlepianiu się w większe cząstki. Dzięki temu zachowują swoje unikalne właściwości przez dłuższy czas.
Mechanizm działania nanocząsteczek srebra jest złożony i obejmuje kilka równoległych procesów. Przede wszystkim nanosrebro uszkadza struktury komórkowe mikroorganizmów, w tym ściany i błony komórkowe, co prowadzi do ich destabilizacji i śmierci komórki. Ponadto cząsteczki srebra oddziałują z enzymami kluczowymi dla metabolizmu patogenów, zaburzając ich funkcjonowanie i uniemożliwiając dalsze namnażanie.
Nanosrebro może występować w dwóch podstawowych formach: jonowej i niejonowej. Forma niejonowa, składająca się z obojętnych elektrycznie cząstek, jest bardziej stabilna chemicznie oraz mniej podatna na działanie czynników środowiskowych. Uznaje się ją również za bezpieczniejszą dla organizmów wyższych.
Wielokierunkowe działanie
Nanocząsteczki srebra wykazują silne działanie przeciwdrobnoustrojowe – bakteriobójcze, wirusobójcze i grzybobójcze. Ta cecha sprawia, że są szczególnie przydatne w ochronie roślin przed patogenami. Ich zastosowanie może znacząco ograniczyć rozwój chorób, a tym samym zmniejszyć konieczność stosowania klasycznych pestycydów. Nanosrebro wpływa również na fizjologię roślin, wzmacniając ich naturalną odporność na stresy biotyczne i abiotyczne.
W praktyce oznacza to poprawę transportu składników odżywczych, zwiększenie efektywności fotosyntezy oraz przyspieszenie tempa wzrostu i rozwoju. Rośliny lepiej radzą sobie zarówno z presją chorób, jak i niekorzystnymi warunkami środowiskowymi, takimi jak susza czy wahania temperatur.
Nanosrebro jest wykorzystywane między innymi w zaprawianiu nasion. Taki kwalifikowany materiał siewny można zakupić w firmie Innwerol Nasiona. fot. M.Piśny
Liczne doświadczenia
Skuteczność nanosrebra została potwierdzona w licznych badaniach prowadzonych przez ośrodki naukowe i uczelnie wyższe (IOR-PIB w Poznaniu, SGGW w Warszawie, IHAR-PIB w Boninie, IUNG-PIB w Puławach). Wyniki doświadczeń prezentowane są w wielu publikacjach naukowych oraz na konferencjach poświęconych nowoczesnym technologiom. Warto zaznaczyć, że nanosrebro należy do bardzo wąskiej grupy produktów na świecie, które mogą pochwalić się wieloletnimi, udokumentowanymi badaniami.
W produkcji polowej szczególnie interesujące rezultaty nanosrebra uzyskano na plantacji ziemniaka. W doświadczeniach odnotowano widoczny wzrost plonu w porównaniu do standardowej, pełnej ochrony fungicydowej (tab. 1.) Nanosrebro wykazywało aktywność przez cały okres wegetacji, a dodatkowo wpływało korzystnie na jakość bulw – zarówno pod względem ich wyrównania, jak i zawartości skrobi oraz suchej masy. W warunkach laboratoryjnych potwierdzono również bardzo wysoką skuteczność w ograniczaniu rozwoju patogenów, w tym zarazy ziemniaka.
Tab. 1. Wpływ klasycznej ochrony fungicydowej i nanosrebra na plonowanie ziemniaka i parametry technologiczne bulw (nanosrebro zastosowane w produkcie SILVERPLANT®)
Doświadczenie polowe, IHAR-PIB, Bonin, 2025
W doświadczeniach z kukurydzą najlepsze efekty osiągnięto przy zastosowaniu strategii łączonej, polegającej na wykorzystaniu obniżonej dawki fungicydu wraz z dodatkiem nanosrebra (tab. 2.). Takie podejście pozwoliło uzyskać znaczny wzrost plonu w porównaniu do kontroli oraz wyraźną przewagę nad standardową ochroną chemiczną.
Tab. 2. Wpływ klasycznej ochrony fungicydowej i nanosrebra na plonowanie kukurydzy i zwiększenie procentowego udziału ziaren (nanosrebro zastosowane w produkcie SILVERPLANT®)
Doświadczenie polowe, IUNG, Puławy, 2025
Sukces polskich naukowców
Za innowacyjnym rozwiązaniem stoją polscy naukowcy i specjaliści. Technologia opiera się na czystym nanosrebrze, które stabilizuje się bez użycia dodatkowych substancji chemicznych jak polimery. Co warto zaznaczyć, metoda produkcji nie została opatentowana – decyzja ta była świadoma i miała na celu ochronę unikalnego know-how. Dzięki bardzo niskiej koncentracji nie pozostawia ono wykrywalnych pozostałości w plonach, co oznacza brak ryzyka fitotoksyczności oraz bezpieczeństwo dla konsumentów.
SILVERPLANT® od UNI-FARMA
Jednym z kluczowych preparatów na rynku jest SILVERPLANT® – płynny nawóz nieorganiczny, bogaty w mikro- i makroelementy oraz niejonowe srebro koloidalne. Produkt został opracowany, aby zapewnić kompleksowe wsparcie dla polskiego rolnictwa, łącząc efektywne stymulowanie wzrostu roślin z działaniem ograniczającym rozwój patogenów. SILVERPLANT® jest produktem należącym do polskiej firmy UNI-FARMA. Pokazuje to, że innowacyjne i konkurencyjne technologie mogą powstawać i być dystrybuowane bez konieczności dysponowania ogromnym zapleczem kapitałowym.
Przyszłość nanotechnologii
Nanotechnologia stanowi obiecujące wsparcie dla nowoczesnego rolnictwa, szczególnie w kontekście ochrony roślin i zwiększania efektywności produkcji. Nanocząsteczki srebra, zwłaszcza w formie niejonowej, wspomagają wzrost roślin, przyczyniając się do poprawy ich kondycji oraz odporności. Zastosowanie tych technologiimoże prowadzić do ograniczenia zużycia środków chemicznych, poprawy jakości gleby oraz zwiększenia plonów. Wdrażanie nanotechnologii w rolnictwie wpisuje się w koncepcję zrównoważonego rozwoju, łącząc aspekty ekologiczne i ekonomiczne.
Terradisc 2 firmy Joskin to rozwiązanie typu „2 w 1” — kultywator talerzowy z aplikatorem gnojowicy.
Współczesna produkcja rolnicza coraz większą uwagę zwraca nie tylko na ilość, ale i sposób aplikacji nawozów naturalnych. W przypadku gnojowicy metoda jej podania wpływa zarówno na efektywność wykorzystania składników, jak i oddziaływanie na środowisko.
Tradycyjna metoda rozbryzgowa, polegająca na szerokim rozlewaniu gnojowicy po powierzchni pola, stopniowo ustępuje technologiom umożliwiającym aplikację nawozu bezpośrednio na powierzchnię gleby lub w jej profil.
Zmiana ta wynika z kilku czynników. W pierwszej kolejności, z rosnącej świadomości o utracie składników pokarmowych, szczególnie azotu. Po drugie, z wymogów środowiskowych wynikających z przepisów dotyczących ochrony wód i powietrza. Po trzecie, z ekonomiki produkcji rolniczej, gdzie każdy kilogram azotu zatrzymany w glebie oznacza realną wartość nawozową.
Gnojowica jest cennym nawozem naturalnym, zawierającym azot, fosfor, potas oraz szereg mikroelementów. Problem polega na tym, że znaczna część azotu występuje w formie amonowej, która po kontakcie z powietrzem może stosunkowo szybko przechodzić w amoniak i ulatniać się do atmosfery.
W przypadku tradycyjnego rozlewania gnojowicy szerokim strumieniem powierzchnia kontaktu nawozu z powietrzem jest bardzo duża. W takich warunkach proces ulatniania się amoniaku zachodzi intensywnie, szczególnie przy wyższej temperaturze, wietrznej pogodzie oraz na glebach o wysokim odczynie pH.
Ograniczenie strat polega przede wszystkim na zmniejszeniu powierzchni kontaktu nawozu z powietrzem oraz możliwie szybkim wprowadzeniu go w glebę. Właśnie dlatego coraz większą popularność zyskują aplikatory pasowe oraz doglebowe.
Program azotanowy a stosowanie gnojowicy
Kwestia sposobu stosowania nawozów naturalnych w Polsce regulowana jest przede wszystkim przez tzw. program azotanowy, czyli program działań mających na celu ograniczenie odpływu azotu ze źródeł rolniczych do wód. Dokument ten określa między innymi zasady przechowywania nawozów naturalnych, terminy ich stosowania oraz minimalne odległości od wód powierzchniowych.
W przypadku nawozów naturalnych płynnych, takich jak gnojowica, obowiązują m.in. określone odległości od cieków i zbiorników wodnych. Dla wielu wód powierzchniowych minimalna odległość wynosi 10 metrów, natomiast w przypadku większych zbiorników wodnych czy ujęć wody odległość ta może wynosić 20 metrów.
Program azotanowy przewiduje jednak pewne ułatwienia w przypadku technologii ograniczających straty składników pokarmowych. W sytuacji gdy nawozy naturalne płynne są aplikowane bezpośrednio do gleby, odległość od wód powierzchniowych może być zmniejszona o połowę, jednak nie może być mniejsza niż 3 metry. Jest to jedno z rozwiązań, które pokazuje, że nowoczesne metody aplikacji gnojowicy są traktowane jako technologia bardziej przyjazna środowisku.
W ostatnich latach coraz większe znaczenie w gospodarstwach mają także mechanizmy wynikające ze Wspólnej Polityki Rolnej. W ramach obecnego Planu Strategicznego WPR funkcjonują ekoschematy, które premiują praktyki ograniczające emisję gazów oraz poprawiające gospodarowanie składnikami pokarmowymi.
Jedną z takich praktyk jest stosowanie nawozów naturalnych płynnych metodami innymi niż rozbryzgowe. Oznacza to aplikację gnojowicy z wykorzystaniem technologii pasowych, wleczonych lub doglebowych, które ograniczają kontakt nawozu z powietrzem.
W praktyce inwestycja w aplikator gnojowicy może przynosić korzyści nie tylko agronomiczne, ale także finansowe. Rolnik spełniający wymagania określone w ramach ekoschematu może uzyskać dodatkowe wsparcie w ramach płatności bezpośrednich.
Aplikacja gnojowicy i nowoczesne technologie
Z punktu widzenia gospodarstwa rolniczego kluczowe jest jednak to, że nowoczesne aplikatory pozwalają połączyć wymogi środowiskowe z poprawą efektywności nawożenia. W przeciwieństwie do klasycznych wozów, które rozbryzgują gnojowicę szerokim strumieniem, aplikatory umożliwiają podanie nawozu w sposób bardziej precyzyjny i kontrolowany. W zależności od konstrukcji maszyny gnojowica może być podawana w wąskich pasach na powierzchni gleby, w szczelinę utworzoną przez talerz lub ząb roboczy albo bezpośrednio w glebę na określoną głębokość. W każdym z tych przypadków kluczowe jest skrócenie czasu kontaktu nawozu z powietrzem, co przekłada się na ograniczenie strat azotu.
Jakie są metody aplikacji gnojowicy?
Po odejściu od tradycyjnej metody rozbryzgowej rolnik ma dziś do dyspozycji kilka technologii aplikacji gnojowicy. Różnią się one konstrukcją maszyny, sposobem podawania nawozu do gleby, głębokością aplikacji oraz zapotrzebowaniem na moc ciągnika lub nośnika. W praktyce wybór odpowiedniego rozwiązania zależy przede wszystkim od systemu uprawy, rodzaju gleby oraz struktury produkcji w gospodarstwie.
Najprostsze rozwiązania stosowane są przede wszystkim na użytkach zielonych, natomiast najbardziej zaawansowane aplikatory przeznaczone są do pracy na gruntach ornych, często w połączeniu z zabiegami uprawowymi.
Węże wleczone – pierwszy krok w stronę ograniczenia emisji amoniaku
Jednym z najczęściej stosowanych rozwiązań są aplikatory z wężami wleczonymi. W tego typu maszynach gnojowica doprowadzana jest z beczki poprzez rozdzielacz do wielu przewodów zakończonych elastycznymi wężami, które ciągną się po powierzchni gleby.
W porównaniu z rozlewaniem rozbryzgowym rozwiązanie to pozwala znacznie ograniczyć powierzchnię kontaktu nawozu z powietrzem. Gnojowica trafia bowiem na glebę w wąskich pasach, zamiast być rozpylana na dużej powierzchni.
Zaletą aplikatorów wężowych jest przede wszystkim duża szerokość robocza oraz niewielkie zapotrzebowanie na moc. Maszyny tego typu często osiągają szerokość roboczą od kilkunastu do ponad dwudziestu metrów. Dzięki stosunkowo niewielkiej masie dobrze sprawdzają się również na łąkach i pastwiskach.
Minusem tej technologii jest jednak fakt, że gnojowica wciąż pozostaje na powierzchni gleby. W efekcie emisja amoniaku jest niższa niż przy rozbryzgu, ale wciąż większa niż w przypadku aplikacji bezpośrednio do gleby.
Płozy i stopki – rozwiązanie dla użytków zielonych
Kolejnym etapem rozwoju technologii aplikacji są aplikatory z płozami lub stopkami wleczonymi, określane często jako trailing shoe. W tego typu konstrukcjach element roboczy delikatnie rozchyla darń lub rośliny, a gnojowica podawana jest bezpośrednio na powierzchnię gleby. Rozwiązanie to ma szczególne znaczenie w przypadku użytków zielonych oraz upraw o zwartej okrywie roślinnej. Dzięki odsunięciu roślin nawóz trafia bezpośrednio na glebę, zamiast pozostawać na liściach.
W gospodarstwach nastawionych na produkcję roślinną coraz większą popularność zdobywają aplikatory talerzowe, które umożliwiają wprowadzenie gnojowicy bezpośrednio do gleby. Element roboczy w postaci talerza nacina powierzchnię gleby lub darń, tworząc wąską szczelinę, do której podawana jest gnojowica. Dzięki temu nawóz trafia bezpośrednio w glebę, a kontakt z powietrzem jest znacznie ograniczony.
Rozwiązanie to pozwala na bardzo dobre wykorzystanie azotu zawartego w gnojowicy. Jednocześnie zmniejsza emisję amoniaku oraz ogranicza uciążliwość zapachową zabiegu.
Aplikatory zębowe i kultywatorowe do doglebowej aplikacji gnojowicy
Najbardziej intensywną formą aplikacji jest wprowadzenie gnojowicy w glebę za pomocą zębów roboczych lub elementów kultywatorowych. W tego typu rozwiązaniach nawóz trafia do gleby na większą głębokość, często w trakcie jednoczesnej uprawy.
Technologia ta jest szczególnie popularna w gospodarstwach wykorzystujących gnojowicę jako główne źródło azotu w nawożeniu roślin uprawnych. Dzięki głębszemu umieszczeniu nawozu w glebie możliwe jest bardzo dobre wykorzystanie składników pokarmowych.
Z drugiej strony aplikatory tego typu wymagają znacznie większej mocy ciągnika, ponieważ elementy robocze pracują w glebie podobnie jak klasyczny kultywator.
Najpopularniejsze aplikatory gnojowicy dostępne na rynku
Rynek aplikatorów gnojowicy w Europie rozwija się bardzo dynamicznie. Producenci oferują dziś rozwiązania przeznaczone zarówno do pracy na użytkach zielonych, jak i na gruntach ornych, a także maszyny umożliwiające aplikację nawozów naturalnych w trakcie zabiegów uprawowych.
Joskin
Belgijski producent Joskin oferuje szeroką gamę aplikatorów przeznaczonych do współpracy z beczkowozami. W segmencie aplikacji w darń stosowany jest m.in. Solodisc, wyposażony w talerze tnące darń, umożliwiające wprowadzenie gnojowicy w wąską szczelinę gleby.
Do pracy na gruntach ornych producent oferuje kultywator talerzowy z aplikatorem gnojowicy Terradisc, który wykonuje dwie czynności – aplikację gnojowicy i podorywkę w jednym przejeździe.
Holmer
Ciekawym rozwiązaniem przeznaczonym do nawożenia upraw rzędowych firmy Holmer jest SecatFlex SL. Maszyna została opracowana do współpracy z samojezdnymi nośnikami nawozów naturalnych, takimi jak Holmer Terra Variant, umożliwiając aplikację nawozu w międzyrzędziach kukurydzy.
Urządzenie łączy funkcję pielnika międzyrzędowego oraz aplikatora nawozów płynnych. W trakcie jednego przejazdu możliwe jest spulchnienie międzyrzędzi oraz podanie gnojowicy w pobliżu systemu korzeniowego roślin, co pozwala dostarczyć składniki pokarmowe w strefę ich największego pobierania.
W SecatFlex SL firmy Holmer zastosowano kontrolę sekcji z możliwością wyłączania poszczególnych rzędów, co ogranicza straty składników i uszkodzenia roślin.
Fliegl Agrartechnik
Niemiecka firma Fliegl rozwija technologię aplikacji gnojowicy głównie w segmencie maszyn przeznaczonych do pracy na użytkach zielonych. Jednym z przykładów jest Skate, wyposażony w stopki wleczone, rozchylające rośliny i umożliwiające podanie gnojowicy bezpośrednio na glebę.
W ofercie firmy Fliegl znajdują się również aplikatory wężowe, takie jak Snake, które rozprowadzają gnojowicę w równoległych pasach na powierzchni gleby.
Samson Agro
Duński producent Samson Agro od wielu lat specjalizuje się w technologii aplikacji nawozów naturalnych. W segmencie użytków zielonych oferuje m.in. trailing shoe TSB, który umożliwia podanie gnojowicy bezpośrednio na powierzchnię gleby pod okrywą roślinną.
Do pracy na gruntach ornych firma oferuje aplikatory zębowe, takie jak CM, umożliwiające wprowadzenie gnojowicy bezpośrednio w glebę w trakcie zabiegu uprawowego.
Dwurzędowy aplikator Samson CM do czarnej ziemi jest przeznaczony do aplikacji gnojowicy na krótkich ścierniskach lub polach po orce.
Evers Agro
Holenderski producent Evers Agro koncentruje się przede wszystkim na aplikatorach doglebowych przeznaczonych do gruntów ornych. Jednym z przykładów jest aplikator Evers Quadro Disc Combi, który pozwala na aplikację gnojowicy w uprawioną glebę, łan czy też użytki zielone.
Maszyny tego typu stosowane są najczęściej w gospodarstwach prowadzących intensywną produkcję roślinną, gdzie gnojowica wykorzystywana jest jako ważne źródło składników pokarmowych.
Farmet
Czeski producent Farmet oferuje rozwiązania umożliwiające aplikację gnojowicy w trakcie zabiegów uprawowych. Przykładem jest system SynCult, który może współpracować z agregatami uprawowymi tej firmy.
W takim układzie gnojowica podawana jest do gleby przed sekcją roboczą narzędzia uprawowego, dzięki czemu zostaje szybko przykryta glebą. Ogranicza to straty azotu i emisję amoniaku.
Ceny zbóż MATIF: Czwartkowa sesja na giełdzie MATIF dostarczyła inwestorom jasnego sygnału: w obecnym układzie sił rynek ropy naftowej oraz twarde dane eksportowe mają znacznie większy wpływ na ceny niż obawy o stan upraw (głównie pszenica ozima w USA). Zmienność nastrojów, którą obserwowaliśmy wczoraj, była wynikiem splotu taniejącej energii i rozczarowujących informacji eksportowych zza oceanu.
Ropa jako główny dyrygent nastrojów
Wczorajsze notowania MATIF pokazały dużą korelację z rynkiem surowców energetycznych. Dopóki cena ropy szukała dna, zboża i rzepak bez opamiętania traciły na wartości. Dopiero gdy ropa naftowa zaczęła odrabiać straty w końcówce sesji, spadki na paryskim parkiecie wyhamowały. To dowód na to, że kapitał spekulacyjny traktuje obecnie surowce rolne jako element szerszego koszyka surowcowego.
Pogoda w Europie i USA: Presja na ceny rośnie
Dodatkowym czynnikiem prospadkowym stały się aktualizacje prognoz pogodowych. W Europie Zachodniej oraz w kluczowych regionach upraw w USA (Midwest) odnotowano poprawę warunków. Spodziewane opady deszczu w rejonach dotkniętych deficytem wilgoci oraz optymalne temperatury zwiększyły optymizm co do potencjału plonowania. Inwestorzy na MATIF uznali, że ryzyko pogodowe uległo zmniejszeniu, co zachęciło stronę podażową do sprzedaży.
Rzepak MATIF: Podwójna presja energii i olejów
Najmocniej zależność od rynku energii odczuły notowania MATIF rzepaku.
Seria sierpniowa (XRQ26): Straciła aż -7,00 EUR, zamykając się na poziomie 509,75 EUR/t.
Poza taniejącą ropą, rzepakowi zaszkodziły spadki cen olejów roślinnych (w tym sojowego w Chicago). Także poprawa pogody w Kanadzie i Europie sprawiła, że inwestorzy masowo zamykali długie pozycje, nie widząc już szans na utrzymanie cen powyżej 520 EUR/t.
Kukurydza MATIF: Ofiara słabego eksportu z USA
Dla kukurydzy czwartek był dniem zderzenia z rzeczywistością popytową.
Seria czerwcowa (XBM26): Spadła o -1,26% do poziomu 215,00 EUR/t.
Rozczarowujący raport o tygodniowej sprzedaży eksportowej z USA (poniżej oczekiwań) uderzył w giełdę w Chicago, co natychmiast pociągnęło w dół notowania MATIF. Poprawiająca się pogoda w USA i szybkie tempo zasiewów tylko dopełniło obrazu, sugerując, że nowej kukurydzy może być jednak więcej, podczas gdy popyt światowy pozostaje uśpiony.
Pszenica na MATIF: Wrzesień (MLU26) pod presją
Notowania MATIF: ceny pszenicy wrześniowej uległy presji makro.
Seria wrześniowa (MLU26): Zamknęła się na poziomie 206,50 EUR/t (-1,00 EUR).
Seria majowa (MLK26): Pozostała na poziomie 187,50 EUR/t. Przy minimalnej płynności (wygasanie w poniedziałek) seria ta przestała być wyznacznikiem trendu.
Podsumowanie i waluty
Zmiana nastrojów na ropie umocniła złotego, co jeszcze mocniej uderza w polskiego rolnika. Wczorajsza sesja udowodniła, że ropa i dane eksportowe to obecnie główny argument dla rynków, ale pogoda również przestała sprzyjać wzrostom.
Mimo ze mączysty nalot na powierzchni liści każdy potrafi przyporządkować do gatunku pasożyta, który rozwija się na roślinie, to zapobieganie powstaniu infekcji oraz ewentualne jej zwalczanie nie przychodzi już tak łatwo.
Objawy mączniaka prawdziwego. Fot. M. Korbas
Czym jest mączniak prawdziwy zbóż?
Mączniak prawdziwy na zbożach jest wywoływany przez grzyby z rodzaju Blumeria. Poraża pszenicę, jęczmień, żyto, owies oraz pszenżyto. Patogen ten występuje w różnych formach specjalnie przystosowanych do określonych gatunków roślin. Natomiast wprowadzenie do uprawy gatunku syntetycznego, jakim jest pszenżyto, będące mieszańcem pszenicy i żyta, sprawiło, że może być porażane przez formy specjalne mączniaka prawdziwego obu roślin rodzicielskich.
Grzyb nie poraża kukurydzy i prosa. Straty powstałe w wyniku infekcji są zależne od długości jej trwania oraz jej stopnia i w wielu wypadkach sięgają do 20%, jednak w skrajnych sytuacjach mogą sięgać nawet 60% plonu. Szkodliwość grzyba polega na pasożytowaniu na komórkach warstwy okrywającej, z których czerpie sok komórkowy. Ponadto toksyna, którą wytwarza pasożyt, powoduje w roślinie rozpad chlorofilu.
Dodatkowo może porażać również kłosy, co w konsekwencji przyczynia się do spadku MTZ i liczby ziaren z kłosa. Grzyb poza zbożami występuje na większości traw należących do rodziny wiechlinowatych. Jest pasożytem obligatoryjnym, co oznacza, że rozwija się wyłącznie na żywych tkankach, tak więc nie powoduje całkowitej śmierci rośliny, lecz ją osłabia.
Porażenie przez Blumeria graminis objawia się początkowo w postaci białego nalotu, który wraz z czasem przybiera barwę szarą. Cechą charakterystyczną dla mączniaka prawdziwego jest występowanie czarnych plam w centralnej części nalotu – chasmotecjów, z których uwalniają się zarodniki przenoszone z wiatrem na nowe rośliny w okresie od sierpnia do października.
Jak dochodzi do infekcji mączniakiem?
Zboża są porażane przez sprawców mączniaka dwoma rodzajami zarodników: askosporami (powstałymi w wyniku rozmnażania płciowego) oraz konidiami (rozmnażanie bezpłciowe). Występujące na słomie i ściernisku ciemne kropki – kleistotecja – wytwarzają zarodniki płciowe będące pierwotnym źródłem porażenia zbóż.
Po wykiełkowaniu askospory w miejscu infekcji pojawia się biała grzybnia widoczna gołym okiem. W tej formie pasożyt zimuje. Następnie wytwarza zarodniki konidialne, które bardzo szybko rozprzestrzeniają się na roślinie oraz są przenoszone z wiatrem na kolejne plantacje. Już po 7–10 dniach od infekcji powstają nowe zarodniki.
Dotychczas nie stwierdzono przetrwania do wiosny kleistotecjów zdolnych wytwarzać askospory, dlatego głównym źródłem infekcji zbóż jarych są zboża ozime.
Warunki inkubacji
Inkubacja mączniakiem prawdziwym przebiega na wilgotnych roślinach przy umiarkowanym nasłonecznieniu (idealne warunki występują wtedy, gdy nasłonecznienie trwa dłużej niż 5 godzin). Do tego ogromne znaczenie ma temperatura powietrza – 12–20°C w ciągu dnia i 5–12°C w ciągu nocy.
Odporność odmian
Upowszechnienie oznaczania markerów genetycznych pozwoliło na świadome dobieranie komponentów rodzicielskich. Umożliwia to tworzenie nowych odmian odpornych na występujące w środowisku rasy. Problemem są ogromne zdolności pasożyta do mutowania. Poprzez częste mutacje grzyb dostosowuje się do uprawianych odmian i przełamuje odporność. Podobnie jest z fungicydami – stosowanie ciągle tych samych substancji bez rotacji sprawia, że rasy podatne są niszczone, natomiast odporne na fungicydy mogą się rozwijać. Obserwacje prowadzone w ciągu ostatnich 20 lat wskazują na powstawanie ras odpornych na strobiluryny, triazole i imidazole.
Ochrona chemiczna – czym zwalczać mączniaka?
Próg ekonomicznej szkodliwości dla mączniaka prawdziwego w zbożach dla fazy krzewienia wynosi 50–70% porażonych roślin, natomiast w fazie strzelania w źdźbło wynosi 10% zainfekowanych roślin. W praktyce nie wygląda to tak, że jeśli w marcu mączniak prawdziwy wystąpi na 40% roślin i nie wykona się zabiegu, to do początku strzelania w źdźbło „ozdrowieje” część roślin. Wystąpienie pierwszych objawów na roślinach jest sygnałem do wykonania zabiegu.
Do ochrony fungicydowej po wystąpieniu objawów możemy wykorzystać fungicydy zawierające głównie fenpropidynę (wysoka skuteczność po wystąpieniu objawów), cyflufenamid, spiroksaminę i fenopropimorf. Także do zabiegów wyniszczających dobrze sprawdza się mieszanina fenopropimorfu z metrafenonem (synergizm dwóch substancji czynnych).
Ochrona nie powinna zakładać jednego zabiegu interwencyjnego. Zboża są wysoce podatne na wystąpienie mączniaka prawdziwego od początku strzelania w źdźbło. Wymienione substancje cechują się wysoką skutecznością, jednak przy podatnej odmianie potrzebny jest kolejny zabieg wykonany z użyciem substancji działających zapobiegawczo, tj. metrafenonu (nie stosować, jeśli wcześniej stosowano tę substancję) oraz proquinazidu (bardzo dobrze sprawdza się w zabiegach zapobiegawczych).
Ze względu na to, że zarodniki uwalniają się z worków znajdujących się na słomie, w celu ograniczenia presji mączniaka prawdziwego należy unikać uprawy zbóż w monokulturze. Ponadto powinno się stosować zabiegi sprzyjające rozkładowi słomy, takie jak podorywka oraz stosowanie azotu na ściernisko. W celu ograniczenia presji można zastosować także izolację przestrzenną, chociaż wydaje się to mało skuteczne na polach graniczących z lasami, łąkami, ugorami oraz polami, które nie są chronione.
Również opóźnienie siewu sprawia, że jesienna wegetacja zbóż przebiega po okresie największego wysypu zarodników. Ważne dla zdrowia roślin jest zapewnienie im dostępu do wystarczających ilości takich składników pokarmowych, jak fosfor, potas, wapń oraz cynk. Aby ograniczyć skalę infekcji na plantacji, warto korzystać z postępu genetycznego. Często wprowadzane na rynek nowe odmiany mają geny odporności na występujące rasy B. graminis w środowisku. Sprawia to, że na roślinach nie występuje porażenie przez grzyb lub jest ono niewielkie. Niestety nie jest to efekt stały, a okres, w którym rośliny są bezpieczne, trwa kilka lat. Z chwilą wprowadzenia nowej, odpornej odmiany do uprawy rozpoczyna się proces selekcji nowych ras patogenu, które stopniowo przełamują tę odporność.
Polski ziemniak z poprzedniego sezonu kontra młody ziemniak z importu – tak wygląda obecny krajobraz na rynku. Aby wesprzeć krajowych producentów i zagospodarować rekordowe zapasy, Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi zainicjowało kampanię promocyjną, w którą angażują się największe sieci handlowe.
Patriotyzm konsumencki ratunkiem dla rynku
Inicjatywa „Polski ziemniak – bohater każdego obiadu” ma na celu zachęcenie Polaków do świadomego wyboru rodzimego surowca. Przy obecnej sytuacji rynkowej każda tona sprzedanego polskiego ziemniaka ma kluczowe znaczenie dla stabilności finansowej gospodarstw.
– Polski ziemniak to nie tylko produkt, ale też tradycja i fundament naszej kuchni. Przy obecnej nadpodaży część plonów może się zmarnować. Każdy wybór ma znaczenie – kupując polskie ziemniaki, wspieramy rolników, ograniczamy marnowanie żywności i inwestujemy w bezpieczeństwo żywnościowe kraju – podkreśla wiceminister rolnictwa, Małgorzata Gromadzka.
Sieci handlowe zwiększą ekspozycję
Kluczowym elementem akcji jest współpraca z sektorem handlu nowoczesnego. Sieci handlowe zobowiązały się do zwiększenia dostępności polskiego towaru oraz poprawy jego widoczności na półkach. Kampania obejmuje specjalne działania promocyjne i wyraźne znakowanie kraju pochodzenia, co ma ułatwić konsumentom identyfikację polskiego surowca w gąszczu wczesnych warzyw z importu.
Rynek pod presją rekordowych zbiorów
Sytuacja na rynku jest trudna ze względu na wyjątkowo wysokie zbiory w ubiegłym roku. W 2025 r. produkcja ziemniaków w Polsce sięgnęła ok. 7 mln ton, co oznacza wzrost o 18% rok do roku. Tymczasem krajowe zużycie oscyluje w granicach 5,5–6 mln ton.
Nadwyżki, które trafiły do magazynów, wywierają silną presję na ceny skupu, które w wielu przypadkach przestały pokrywać koszty produkcji. Problem potęguje fakt, że podobna nadpodaż występuje w wielu innych krajach UE, co znacząco ogranicza możliwości eksportowe. Choć w okresie styczeń–listopad 2025 r. eksport wzrósł do 146 tys. ton, wciąż jest to kropla w morzu potrzeb.
Nowe przepisy i alternatywne drogi zbytu
W obliczu kryzysu MRiRW wprowadziło szereg rozwiązań legislacyjnych i organizacyjnych:
Zmiana norm jakościowych: Nowe przepisy dopuszczają do obrotu dodatkowe kategorie (m.in. ziemniaki drobne), co pozwala sprzedać surowiec, który wcześniej nie mógł trafić na rynek.
Cele energetyczne: Analizowane jest wykorzystanie nadwyżek w biogazowniach.
Pomoc społeczna: Resort promuje nieodpłatne przekazywanie nadwyżek organizacjom pożytku publicznego.
Wsparcie eksportu: Trwają prace nad znoszeniem barier fitosanitarnych i otwieraniem nowych rynków poza UE.
Przetwórstwo pracuje na pełnych obrotach
Mimo że przemysł przetwórczy jest jednym z głównych odbiorców surowca, jego moce nie są wystarczające, by w pełni zrównoważyć rynek. Produkcja frytek i mrożonek pochłania ok. 578 tys. ton, chipsów ok. 371 tys. ton, a przemysł skrobiowy przerabia ok. 990 tys. ton ziemniaków.
W warunkach ograniczonego przetwórstwa i trudnego eksportu, to właśnie konsument detaliczny staje się ostatnim, ale najważniejszym ogniwem, które może pomóc w upłynnieniu zapasów z polskich magazynów.
Kiedy w BiurzeKonstrukcyjnym Przemysłu Maszynowego Leśnictwa pracowano nad projektem Dzika, inżynierowie z Ursusa tworzyli własną koncepcję jednoosiowego ciągnika. Pomimo że od początku mówiło się o konstrukcjach niemal bliźniaczych, w praktyce lista elementów wspólnych dla obu ciągników była bardzo krótka.
Ursus C-308 – jak powstał najmniejszy ciągnik Ursusa?
W Zakładach Mechanicznych Ursus od marca 1957 r. powstawał projekt ciągnika o mocy 8 KM, przeznaczonego przede wszystkim do prac w niewielkich gospodarstwach rolnych, sadownictwie i ogrodnictwie. Późniejsze doświadczenia pokazały, że znalazł on zastosowanie również w przedsiębiorstwach zieleni miejskiej i usług komunalnych.
11 października 1957 r. oddano do testów gotowy prototyp. Po wprowadzeniu niezbędnych zmian, a także dostosowaniu wyglądu zewnętrznego do wdrażanego w tym samym czasie Ursusa C-325, produkcja seryjna ruszyła w 1958 r. Zgodnie z obowiązującą wówczas w Ursusie nomenklaturą nadano nowemu ciągnikowi symbol C-308.
Prototyp Ursusa C-308 był gotowy 11 października 1957 r.Przekrój ciągnika Ursus C-308.
Sprzęgło odśrodkowe – nietypowe rozwiązanie w ciągniku
Do napędu ciągnika posłużył jednocylindrowy silnik o zapłonie iskrowym S-261C produkowany przez Wytwórnię Sprzętu Mechanicznego w Bielsku Białej. Dwusuwowa jednostka o pojemności 372 cm3 chłodzona była powietrzem o wymuszonym przez dmuchawę przepływie.
Tego samego rodzaju silniki stosowano również w ciągniku Dzik-2. Różniły się one jednak tłumikiem i dźwignią rozruchową. Ursus C-308 został wyposażony w sprzęgło odśrodkowe, którego szczęki pod wpływem siły odśrodkowej, rosnącej wraz z obrotami silnika, dociskane były do wewnętrznej strony bębna. Ten z kolei, zamocowany na wałku sprzęgłowym skrzyni biegów, służył również za bęben hamulcowy. Na nim bowiem zaciskała się taśma hamulcowa, kiedy operator użył ręcznej dźwigni umieszczonej po lewej stronie kierownicy.
W Dzikach w ten sam sposób wyłączano dwutarczowe, suche sprzęgło. Silnik w C-308 osiągał maksymalną moc przy2400 obr./min, a po przekroczeniu 1500 obr./min sprzęgło przekazywało cały moment obrotowy. Należało zatem pamiętać o tym, by podczas pracy utrzymywać wyższe obroty silnika, nie dopuszczając tym samym do negatywnego w skutkach ślizgania się sprzęgła.
Do Ursusa C-308 można było zamontować kosiarkę listwową MBK-1,2.
Skrzynia przekładniowa to również zupełnie inna konstrukcja, a jedyną cechą wspólną była tak naprawdę liczba przełożeń oraz obecność blokady mechanizmu różnicowego. Podobnie jak w gorzowskim ciągniku, operator miał do dyspozycji 3 biegi do przodu oraz wsteczny. Na najwyższym biegu najmniejszy Ursus mógł rozpędzić się do 13 km/h. Ze względu na rodzaj sprzęgła producent zalecał zmianę biegów jedynie podczas zatrzymania ciągnika, przy czym istotne jest to, że nawet z pełną przyczepą był on w stanie ruszyć z trzeciego biegu.
Uruchomienie silnika następowało poprzez ręczną dźwignię, która zazębiała się z kołem zębatym umieszczonym na wale korbowym silnika. Z tą różnicą w porównaniu z Dzikiem, że w Ursusie w tym celu należało podnieść maskę, a dźwignia rozruchowa była przymocowana na stałe. Użytkownicy Ursusów C-308 i Dzików wspominają te silniki jako konstrukcje nieco kapryśne.
Iskrownikowy układ zapłonowy uzależniał jakość iskry od obrotów silnika – im niższe obroty, tym gorsza iskra. Smarowanie silnika było mieszankowe, w stosunku 1 litr oleju na 25 litrów benzyny, i nadawało spalinom specyficzny zapach i lekko niebieskawy kolor. Nadgorliwi operatorzy zwiększali dawkę oleju, co w efekcie negatywnie wpływało na pracę silnika.
Sterowanie ciągnikiem umożliwiała kierownica typu motocyklowego umieszczona na długim, regulowanym wsporniku. Operator miał w zasięgu rąk dźwignię hamulca (podobną jak w motocyklach), dźwignię gazu, a także włącznik reflektora i wyłącznik zapłonu. Ponadto dźwignie zmiany biegów, blokady mechanizmu różnicowego, a także drążek do regulacji położenia kierownicy.
Jadąc Ursusem C-308 z wózkiem dla operatora MWZ-2 „Lis” lub innymi maszynami, należało pamiętać, aby nie wyłączać biegu, ponieważ wówczas nie działał hamulec ciągnika. Zasada ta nie obowiązywała w sytuacji, gdy poruszano się ciągnikiem z przeznaczoną do niego przyczepą P-308, produkowaną przez Państwowy Ośrodek Maszynowy w Iławie. Wówczas należało korzystać z hamulca przyczepy uruchamianego nożnym pedałem. Przyczepa ta umożliwiała wykorzystanie Ursusa do transportu na bliskie odległości ładunku o wadze do 750 kg. Jej skrzynia ładunkowa umieszczona była dość wysoko, bo ok. 80 cm nad ziemią, ale jej załadunek ułatwiały otwierane burty: boczne oraz tylna.
Ursus C-308 dzięki przyczepie P-308 mógł służyć do transportu towaru o masie do 750 kg.
Produkcja Dzika i Ursusa C-308 wymogła konieczność stworzenia serii dostosowanych narzędzi rolniczych. Ich produkcją zajmowało się kilka zakładów rozsianych na terenie całego kraju. Oprócz wspomnianej przyczepy i wózka Lis ciągnik można było agregować m.in. z pługiem obracalnym MPO1, glebogryzarką MGG-1 (Unia Grudziądz), pługiem jednostronnym MPN, bronami MBZ-3 (Świętokrzyska Fabryka Narzędzi Rolniczych w Kunowie), bronami talerzowymi MBT-1,2 (Słupska Fabryka Narzędzi Rolniczych), kultywatorem MKL-7 (Kaliskie Zakłady Sprzętu Rolniczego) czy siewnikiem zbożowym MSZC-1 Góral (FMR „Kraj” w Kutnie).
Produkcja Ursusa C-308 trwała bardzo krótko, bo tylko do 1963 r. Do tego czasu wyprodukowano ok. 4100 egzemplarzy, a więc niewiele w porównaniu z Dzikiem wytwarzanym do początku lat 80. W czasie trwania produkcji ciągnik przeszedł jedynie kosmetyczne zmiany, do których należy m.in. zmiana wyglądu maski. Dziś te ciągniki są cenione wśród kolekcjonerów i miłośników zabytkowej techniki rolniczej, a na wystawach przyciągają mnóstwo widzów.
Ciekawostką na kartach historii modelu C-308 jest trójkołowa wersja zbudowana na potrzeby Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu, której autorem był mgr inż. Adam Wilczyński. W związku z zapotrzebowaniem na niewielki ciągnik do transportu wewnątrzzakładowego przebudowano go z wykorzystaniem części pochodzących z innych pojazdów.
W ten sposób ciągnik uzyskał przednie koło z zawieszeniem zaadaptowane ze skutera WFM Osa, którego kierowanie umożliwiał zmodyfikowany układ kierowniczy rodem z samochodu Warszawa. Ponadto wycięto otwór w masce silnika, zamontowano błotniki, siedzenie kierowcy oraz zastosowano zmieniony zaczep tylny. Dostosowano także układ sterowania hamulcem, gazem oraz biegami do operowania z pozycji siedzącej w ciągniku.
Jak podają niektóre źródła, ciągnik na tyle dobrze sprawdzał się w swojej roli, że planowano przerobienie jeszcze 20 sztuk. Nie wiadomo, czy tego kiedykolwiek dokonano. W ostatnim czasie jeden z egzemplarzy trójkołowego C-308 trafił do Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu.
Pogoda- solidny deszcz ominie Polskę od północnego wschodu
W ostatnich dniach jest wiele miejsc, gdzie spadło od 30 litrów wzwyż ale i sporo takich, gdzie nawet nie pokropiło.
Według prognoz w nocy solidny ciągły opad przechodził będzie przez Ukrainę, Białoruś w stronę Litwy- spadnie tam od 20 do 50 mm deszczu. Opad ten zawadzić ma szansę o wschodnie Podlasie wraz z Suwalszczyzną i tu w nocy może spaść między 4 a 24 mm deszczu- bliżej granicy oczywiście najwięcej.
Nad resztą kraju sucho a jeśli lokalnie pokropi to na południu i wschodzie kraju. Na północy- Kaszuby, Pomorze Zachodnie niemal bezchmurnie. Między Szczecinem a Koszalinem i Łebą temperatura spadnie rano do +1/+3 stopni na 2 metrach- przy gruncie przymrozki do -2 stopni.
Na Podkarpaciu i Roztoczu nad ranem +10 stopni. Od Ziemi Lubuskiej po centrum i Podlasie od +6 do +8 stopni.
Postępujące przejaśnienia z północy ku centrum
W ciągu dnia pogodnego nieba ma przybywać. Do wieczora pochmurna pogoda dominować ma na południu, wschodzie kraju a na Suwalszczyźnie, wschodzie Mazur może popadywać delikatnie deszcz. Pokropi miejscami na północnym wschodzie Mazowsza i reszcie Podlasia.
Na zachodzie kraju, Wielkopolsce, południu Kujaw, zachodzie Łódzkiego i na południu kraju wiatr słaby. chwilami bezwietrznie. Nad resztą obszaru powieje umiarkowanie z północy
Ta strona korzysta z plików cookies. Służą do tego, by strona działała prawidłowo a także do analizowania ruchu na stronie, a także, by wyświetlać Ci lepiej dopasowane treści i reklamy. Stosujemy również cookies podmiotów trzecich. Dowiedz się więcej w Polityce prywatności i cookies.
Ta strona korzysta z plików cookie, aby poprawić wrażenia podczas poruszania się po witrynie. Niektóre z nich są przechowywane w przeglądarce, bo są niezbędne do działania podstawowych funkcji witryny. Używamy również plików cookie podmiotów trzecich, które pomagają nam analizować i rozumieć, w jaki sposób korzystasz z tej witryny. Te pliki cookie oraz pliki stosowane w celach reklamowych będą przechowywane w Twojej przeglądarce tylko za Twoją zgodą. Masz również możliwość rezygnacji z tych plików cookie. Jednak rezygnacja z niektórych z tych plików cookie może wpłynąć na wygodę przeglądania.
Niezbędne pliki cookie są absolutnie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania strony. Te pliki cookie zapewniają działanie podstawowych funkcji i zabezpieczeń witryny. Anonimowo.
Cookie
Duration
Description
cookielawinfo-checkbox-analytics
11 months
To ciasteczko jest używane przez wtyczkę GDPR Cookie Consent. Jest stosowane, by przechowywać zgodę użytkownika na pliki cookies z kategorii „Analityczne”.
cookielawinfo-checkbox-functional
11 months
To ciasteczko jest stosowane przez wtyczkę GDPR Cookie Consent, aby udokumentować zgodę użytkownika na ciasteczka z kategorii "Funkcjonalne".
cookielawinfo-checkbox-necessary
11 months
To ciasteczko jest używane przez wtyczkę GDPR Cookie Consent. Jest stosowane, by przechowywać zgodę użytkownika na pliki cookies z kategorii „Niezbędne”.
cookielawinfo-checkbox-others
11 months
To ciasteczko jest używane przez wtyczkę GDPR Cookie Consent. Jest stosowane, by przechowywać zgodę użytkownika na pliki cookies z kategorii „Inne”.
cookielawinfo-checkbox-performance
11 months
To ciasteczko jest używane przez wtyczkę GDPR Cookie Consent. Jest stosowane, by przechowywać zgodę użytkownika na pliki cookies z kategorii „Wydajnościowe”.
viewed_cookie_policy
11 months
To ciasteczko jest używane przez wtyczkę GDPR Cookie Consent i służy do przechowywania informacji, czy użytkownik wyraził zgodę na korzystanie z plików cookie. Nie przechowuje żadnych danych osobowych.
Funkcjonalne pliki cookie wspierają niektóre funkcje tj. udostępnianie zawartości strony w mediach społecznościowych, zbieranie informacji zwrotnych i inne funkcjonalności podmiotów trzecich.
Analityczne pliki cookie są stosowane, by zrozumieć, w jaki sposób odwiedzjący wchodzą w interakcję ze stroną internetową. Te pliki pomagają zbierać informacje o wskaźnikach dot. liczby odwiedzających, współczynniku odrzuceń, źródle ruchu itp.
Reklamowe pliki cookie są stosowane, by wyświetlać użytkownikom odpowiednie reklamy i kampanie marketingowe. Te pliki śledzą użytkowników na stronach i zbierają informacje w celu dostarczania dostosowanych reklam.