Co znajdziesz w artykule?
Piękna, mroźna zima i skrzypiący pod płozami śnieg – to sceneria, która dziś zdarza się coraz rzadziej. Tym bardziej cieszy, gdy można ją wykorzystać tak, jak robiono to od pokoleń. W Lisewie na Mazowszu tradycja kuligów na szczęście wciąż ma się dobrze, choć – jak podkreślają gospodarze – dziś to już bardziej pasja i świadomy wybór, niż codzienność wiejskiego życia.
– Mamy piękną zimę. Sceneria odpowiednia do tego typu rozrywki. Korzystamy z tego. Cieszymy się wspólnie, rodzinnie – mówi Dominik Rutkowski.
Niedzielna przejażdżka saniami to nie tylko atrakcja, ale też sposób na bycie razem, wyjście z domu i spędzenie czasu na świeżym powietrzu, wśród natury i zwierząt.
Koń, zaprzęg i detale z dawnych lat
W zaprzęgu nic nie jest przypadkowe. Nawet wiązanie końskiego ogona ma swoje uzasadnienie. Dawniej robiono to po to, by przy dużych zaspach śniegu ogon nie wplątał się w uprząż czy płozy sań. Z czasem stało się to także elementem tradycji i estetyki, podkreślającym sylwetkę konia.
– To taka tradycja. I to jeszcze ładnie podkreśla kształt zadu konia – tłumaczy młody hodowca, dla którego dbałość o szczegóły jest równie ważna jak sama jazda.







Sanki do kościoła i w gości
Dawniej sanie nie służyły rozrywce, lecz były zwyczajnym środkiem transportu.
– To były sanki wyjazdowe – do kościoła, do rodziny, w gości – wspomina Krzysztof Grąbczewski. Kiedyś śnieg był pewnikiem, dziś jest raczej wyjątkiem.
– Teraz jest go jak na lekarstwo, ale ten rok obdarzył nas bardzo pięknie śniegiem i wykorzystujemy to – dodaje mieszkaniec Lisewa.
Kuligi w dzisiejszym rozumieniu pojawiały się głównie wtedy, gdy na wieś przyjeżdżała rodzina z miasta. Dla nich przejażdżka saniami była czymś wyjątkowym, namiastką zimy znanej dotąd tylko z opowieści.
Pasja zamiast konieczności
Koń w zaprzęgu to dziś coraz rzadszy widok na wsi.
– Ten krajobraz jest coraz mniej spotykany. Dzisiaj to już hobby, forma rekreacji. Nie ma konieczności użytkowania konia na co dzień – przyznają gospodarze.
Tradycja trwa tam, gdzie była przekazywana z pokolenia na pokolenie i gdzie wciąż są ludzie, którzy chcą ją kultywować.
Dla nich to także sposób na pokazanie młodszemu pokoleniu innego stylu życia.
– Wyjścia z domu, spędzenia czasu na łonie natury, wśród zwierząt, w okolicznościach przyrody – wyliczają.






Koń też czerpie radość
Jak podkreślają doświadczeni hodowcy, koń nie jest stworzony do stania w czterech ścianach.
– To zwierzę do biegu, do pracy, do ruchu. Myślę, że lepiej się czuje na powietrzu niż zamknięty w stajni – mówią.
Dobrze prowadzony, spokojny koń może bez problemu nauczyć się pracy w zaprzęgu i traktować ją jako naturalną aktywność.
– Tak jak nam jest przyjemniej na świeżym powietrzu, tak samo jemu – dodają z przekonaniem.
Ciągłość pokoleń w niepewnych czasach
Hodowla koni to dziś coraz większe wyzwanie. Statystyki są nieubłagane – koni ubywa, młodych hodowców jest coraz mniej, a ekonomia rzadko się spina.
– Społeczeństwo nie kultywuje tej tradycji, każdy patrzy przez pryzmat zysków, a w tej produkcji na ten moment ich nie ma – mówią wprost rozmówcy.
Mimo to są tacy, którzy wierzą, że warto trwać.
– To satysfakcja, frajda, której nie da się przeliczyć na pieniądze – podkreśla Dominik Rutkowski. W Lisewie jest nadzieja na kontynuację
– Córka i zięć przejmują pasję, znają się na koniach, pracowali w związkach hodowlanych, wiedzą, jak dbać o rasy zimnokrwiste i śląskie, obecne w gospodarstwie od lat – opowiada Krzysztof Grąbczewski.





Konie były w tej rodzinie „od zawsze”.
– Nie potrafię tego wytłumaczyć. Ta więź jest nie do opowiedzenia – słyszymy na zakończenie.
I właśnie ta więź sprawia, że mimo zmieniającego się świata, kaprysów klimatu i trudnej ekonomii, zimowy kulig wciąż potrafi połączyć ludzi, tradycję i naturę w jedną, wyjątkową całość.




